Rozdział 11
*Harry*
Gdy ujrzeliśmy napisy końcowe zrobiliśmy sie zmęczeni.
Poszliśmy do sypialni i położyliśmy się obok siebie.
-Kocham Cię- powiedziałem.
Louis uśmiechnął się i otworzył oczy.
-Ja ciebie też. Nad życie- odrzekł.
Chwilę po tym zasnął.
Miałem dużo czasu na rozmyślanie.
Zawsze uważałem, że nie zasługuję na nic.
Nikomu nigdy nie mówiłem, ale pare lat temu chorowałem na ciężką depresję.
Ojciec oczywiście niczego się nie domyślił.
z całej siły starałem się to ukryć.
Ale z biegiem czasu było tylko gorzej.
Wkrótce nie mogłem juz zmusić sie do uśmiechu.
Potem już nawet nie próbowałem.
Zamykałem się w pokoju, włączałem moje mp3 i słuchałem piosenek.
Mijały godziny i dnie, a ja robiłem tylko to.
Nocami dużo płakałem.
Przez dwa pierwsze dni schodziłem na dół tylko po to, aby coś zjeść.
Po trzech dniach ojciec zaczął krzyczeć, że nie robię nic oprócz napełniania swojego tłustego brzucha.
Od tamtego dnia prawie przestałem jeść.
Robiłem to co kilka dni, czasem wytrzymywałem nawet tydzień.
Rzadko chodziłem do szkoły.
Starałem się jej unikać.
Tak przetrwałem miesiąc.
Potem było gorzej.
Zacząłem myślec o śmierci.
Wtedy, gdy myślałem, że nic mi już nie pomoże mama okazała się wielkim wsparciem.
Tylko ze wzgledu na nią walczyłem o przeżycie kolejnego dnia.
Dal niej chodziłem na terapię.
Nie wierzyłem w to, że spotkania z psychologiem mi pomogą.
I nie pomagały.
Dopoki nie dowiedziałem się, że Jessie zna się na tym.
Tylko ona potrafiła mi pomóc.
Gdyby nie ona, nigdy nie byłbym wesoły.
Teraz jestem tutaj.
Szczęśliwy, a obok mnie leży miłość mojego życia.
Los potrafi zaskakiwać.
***
Następnego dnia postanowiłem, że do końca tygodnia zrobimy sobie wolne od szkoły.
Ubrałem się, a ponieważ Louis jeszcze spał, to wpadłem na pomysł zrobienia naleśników.
Babcia mnie tego kiedyś uczyła.
Niestety, już po chwili okazało się, że nie mam pojęcia jak je smażyć.
Próbowałem obrócić je w powietrzu ale dwa wylądowały na podłodze.
Trzeciego chciałem przewrócić łopatką.
Nie mogłem go oderwać.
Przywarł do patelni na amen.
W końcu rozerwałem go na kawałki, niechcący wyrzucając je na podłogę.
Biegałem po kuchni wyrzucając urywki ciasta.
Wtedy usłyszałem śmiech Louisa.
-Co robisz?- zapytał rozbawiony.
-Smażę naleśniki...em...próbuję
-Daj mi to skarbie- przechodząc dał mi buziaka w policzek.
Odszedłem od kuchenki i siadłem przy stole.
Louisowi smażenie szło wprost doskonale.
W końcu postawił na blacie tależ pełen rumianych i pachnących placków.
-Pyszne ciasto- pochwalił mnie.
-Dzięki, ale za smażenie już nigdy się nie zabiorę.
Zaśmialiśmy się oboje.
-Pasta do zębów się skończyła- oznajmił Lou.
-Okay, pójdziemy do sklepu.
Tak jak postanowiłem, tak zrobiliśmy.
W markecie panował tłok.
Zdażali się ludzie, którzy krzyczęli I wyzywali nas, jednak nam było to obojętne.
Byliśmy tylko my.
Ja i mój maleńki Lou.
*Louis*
Spakowaliśmy do koszyka wszystko, czego potrzebowaliśmy i podeszliśmy do kasy.
Kasjerka była nowa w tej pracy, więc obsłużenie nas zajęło jej dość sporo czasu.
Wychodząc ze sklepu zauważyliśmy dwie całujące się dziewczyny.
Uśmiechnęliśmy się do nich.
Przez resztę drogi zdarzyło się tylko kilka niemiłych incydentów z ludźmi.
Nie było jednak tak źle.
Wstąpiliśmy jeszcze do naszego ulubionego parku.
Uwielbialiśmy siadać na ławkach i oglądać krajobrazy.
Lubiliśmy też karmić gołębie.
Tego dnia nie zabraliśmy ze sobą niczego, czym moglibyśmy je poczęstować, dlatego Harry zaproponował, że pójdziemy kupić chleb w najbliższej piekarni.
Kupiliśmy dwa bochenki i pokruszyliśmy ptakom.
Gdy zniknął ostatni okruszek zaczynało się sciemniać, więc uznaliśmy, że Pora wracać do domu.
-Świetnie się bawiłem- powiedział.
-Ja też.
Zatrzymaliśmy się na pocałunek.
Uwielbiałem to uczucie.
Chwilę później ruszyliśmy dalej.
Gdy dochodziliśmy do końca uliczki zauważyłem kogoś, kto stał przed naszymi drzwiami.
Postać była ustawiona tyłem do nas.
Gdy usłyszała nasze kroki odwróciła się.
W tej chwili z mojej twarzy odpłynęły wszystkie kolory, a nogi ugięły się pode mną.
-O mój boże...- Byłem w stanie powiedzieć tylko tyle.
-------------------------------------------------------------------------
PRZEPRASZAM!
Wiem, że dość długo nic nie dodawałam.
Współczuję, że trafiliście akurat na mnie.
Zmagam się z chorobą psychiczną.
Ostatnio okazało się też, że cierpię na jeszcze jakąś chorobę.
Prawdopodobnie jest to anemia, ale muszę poczekać na wyniki badań.
Chodzi mi o to, że w osratnich dniach nie mogłam nawet utrzymać telefonu w ręku, więc nie miałam jak zabrać się za rozdział.
JEŚLI CHCECIE TO ODWIEDŹCIE MNIE NA TWITTERZE.
MOJA NAZWA TO @bizzleisbaby
JESTEM TAM WŁAŚCIWIE CODZIENNIE, WIĘC MOŻECIE TAM PYTAĆ O ROZDZIAŁY.
A wracając do opowiadania...
Domyślacie się co to za osoba?
Los potrafi zaskakiwać.
***
Następnego dnia postanowiłem, że do końca tygodnia zrobimy sobie wolne od szkoły.
Ubrałem się, a ponieważ Louis jeszcze spał, to wpadłem na pomysł zrobienia naleśników.
Babcia mnie tego kiedyś uczyła.
Niestety, już po chwili okazało się, że nie mam pojęcia jak je smażyć.
Próbowałem obrócić je w powietrzu ale dwa wylądowały na podłodze.
Trzeciego chciałem przewrócić łopatką.
Nie mogłem go oderwać.
Przywarł do patelni na amen.
W końcu rozerwałem go na kawałki, niechcący wyrzucając je na podłogę.
Biegałem po kuchni wyrzucając urywki ciasta.
Wtedy usłyszałem śmiech Louisa.
-Co robisz?- zapytał rozbawiony.
-Smażę naleśniki...em...próbuję
-Daj mi to skarbie- przechodząc dał mi buziaka w policzek.
Odszedłem od kuchenki i siadłem przy stole.
Louisowi smażenie szło wprost doskonale.
W końcu postawił na blacie tależ pełen rumianych i pachnących placków.
-Pyszne ciasto- pochwalił mnie.
-Dzięki, ale za smażenie już nigdy się nie zabiorę.
Zaśmialiśmy się oboje.
-Pasta do zębów się skończyła- oznajmił Lou.
-Okay, pójdziemy do sklepu.
Tak jak postanowiłem, tak zrobiliśmy.
W markecie panował tłok.
Zdażali się ludzie, którzy krzyczęli I wyzywali nas, jednak nam było to obojętne.
Byliśmy tylko my.
Ja i mój maleńki Lou.
*Louis*
Spakowaliśmy do koszyka wszystko, czego potrzebowaliśmy i podeszliśmy do kasy.
Kasjerka była nowa w tej pracy, więc obsłużenie nas zajęło jej dość sporo czasu.
Wychodząc ze sklepu zauważyliśmy dwie całujące się dziewczyny.
Uśmiechnęliśmy się do nich.
Przez resztę drogi zdarzyło się tylko kilka niemiłych incydentów z ludźmi.
Nie było jednak tak źle.
Wstąpiliśmy jeszcze do naszego ulubionego parku.
Uwielbialiśmy siadać na ławkach i oglądać krajobrazy.
Lubiliśmy też karmić gołębie.
Tego dnia nie zabraliśmy ze sobą niczego, czym moglibyśmy je poczęstować, dlatego Harry zaproponował, że pójdziemy kupić chleb w najbliższej piekarni.
Kupiliśmy dwa bochenki i pokruszyliśmy ptakom.
Gdy zniknął ostatni okruszek zaczynało się sciemniać, więc uznaliśmy, że Pora wracać do domu.
-Świetnie się bawiłem- powiedział.
-Ja też.
Zatrzymaliśmy się na pocałunek.
Uwielbiałem to uczucie.
Chwilę później ruszyliśmy dalej.
Gdy dochodziliśmy do końca uliczki zauważyłem kogoś, kto stał przed naszymi drzwiami.
Postać była ustawiona tyłem do nas.
Gdy usłyszała nasze kroki odwróciła się.
W tej chwili z mojej twarzy odpłynęły wszystkie kolory, a nogi ugięły się pode mną.
-O mój boże...- Byłem w stanie powiedzieć tylko tyle.
-------------------------------------------------------------------------
PRZEPRASZAM!
Wiem, że dość długo nic nie dodawałam.
Współczuję, że trafiliście akurat na mnie.
Zmagam się z chorobą psychiczną.
Ostatnio okazało się też, że cierpię na jeszcze jakąś chorobę.
Prawdopodobnie jest to anemia, ale muszę poczekać na wyniki badań.
Chodzi mi o to, że w osratnich dniach nie mogłam nawet utrzymać telefonu w ręku, więc nie miałam jak zabrać się za rozdział.
JEŚLI CHCECIE TO ODWIEDŹCIE MNIE NA TWITTERZE.
MOJA NAZWA TO @bizzleisbaby
JESTEM TAM WŁAŚCIWIE CODZIENNIE, WIĘC MOŻECIE TAM PYTAĆ O ROZDZIAŁY.
A wracając do opowiadania...
Domyślacie się co to za osoba?
Nie mam pojecia kto to, ale mam nadzieje ze szybko rozwiejesz moje watpliwosci ;) Piszesz super! /Kim
OdpowiedzUsuńDziękuję.
OdpowiedzUsuńPostaram się dziś, ale piekę tort na urodziny Justina, więc mogę nie mieć czasu. Najpóźniej w poniedziałek.