sobota, 20 czerwca 2015

Epilog

Epilog

*punkt widzenia narratora*

W zatłoczonym i zwykle głośnym barze nagle wszystkie rozmowy ucichły.
W telewizji nadawano ważny komunikat.
Powiadomiono ludzi o historii dwóch nastolatków.
O tym jak połączyła ich miłość i rozdzieliła choroba.
I o tym, że przez samobójstwo jednego z nich teraz są pewnie gdzieś razem i wreszcie są sobą.
Nagle koło lady coś się poruszyło.
Był to mężczyzna w średnim wieku, mocno pijany.

-E! Styles! Czy ten pedał to nie twój synalek?- zapytał kpiąco siedziącego obok kolegę.

Ten spojrzał jeszcze raz na ekran, a potrm wzruszył ramionami, zanosząc się przy tym śmiechem.

-Szczerze? W dupie to mam.- wybełkotał.

***

I to właśnie koniec tej historii.
Jak widać życie nie zawsze jest piękne.
Chociaż nie, ujamijmy to inaczej.
Życie jest piękne, ale to czy takie pozostanie zależy od tego, na jakich ludzi trafimy.
Louis i Harry nie mieli szczęścia.
Ich los od początku skazany był na cierpienie, smutek i nieprzyjaznych ludzi.
Oni się nie poddali.
Wierzyli do ostatniej chwili.
Było im ciężko, ale wzajemna miłość pokonała trudności.
Samobójstwo Harry'ego wcale nie było oznaką słabości.
To tylko dowód na to, że był niesamowicie silny.
Potrafił poświęcić życie, żeby dotrzymać towarzystwa mężowi.

„Póki nas śmierć nie rozłączy”

Ich śmierć nie rozdzieliła.
Nie będzie kłamstwem, jeśli stwierdzimy, że właśnie ona ich połączyła.
Połączyła ich już na wieczność.

___________________

Możecie mnie już zabić, ale najpierw skomentujcie epilog.
Kolejne ff, którym się zajmę to dziewięcio- rozdziałowe „30 minutes to know the truth”.
Bardzo wam dziękuję za bycie ze mną.
Jestem zaskoczona, że doprowadziłam to do końca, bo jak sami wiecie miałam chwile słabości.

Rozdział 30

Rozdział 30

To już ten dzień...
Obudziłem się dość późno.
Głowę opartą miałem o łóżko ukochanego.
On również nie spał.
Uśmiechnął się ledwie zauważalnie i wtedy zrozumiałem, że brak mu sił.
Nagle zmienił wyraz twarzy.
Syknął z bólu i zacisnął zęby.
Nie zdążyłem się odezwać, bo poczułem jak próbuje ścisnąć moją rękę.
Przeniósł swój wzrok na guzik.
Nacisnęłem go, aby zawołać lekarzy.
Zbiegło się dwóch doktorów i trzy pielęgniarki.
Zeskanowali wzrokiem mojego męża, a potem sprawdzili coś w jakiejś maszynie.
Po kilku cichych minutach byli gotowi, by ogłosić co się dzieje.

-Nic nie możemy już zrobić- powiedzieli ze smutkiem.
-Nie! To nie prawda! Nie!- krzyczałem przez dobre pięć minut, zaprzeczając.

Przerwałem krzyki po zauważeniu zmiany na twarzach zebranych.
Spowodowane były chyba jakimś dźwiękiem.
Po chwili również to usłyszałem.
Jakieś urządzenie podłączone do Louisa zaczęło głośno pikać.
Zastanawiałem się co to znaczy, aż w końcu dźwięk niespodziewanie ucichł.
Na sali zapanowała, o ile to możliwe, jeszcze większa cisza.
Napotkałem kilka współczujących spojrzeń.
Zerknęłem na chłopaka i wtedy do mnie dotarło.
On odszedł.
Już nigdy nie wróci.
Jego serce na zawsze przestało bić.
Choćbym nie wiem jak bardzo chciał i jak długo płakał, krzyczał i protestował.
On nigdy nie pojawi się obok mnie.
Otarłem ostatnie łzy i być może to dziwne, ale już nie chciało mi się płakać.
Ja poprostu wiedziałem, że to nic nie da, a płacz pogorszy sytuację.
Czułem tylko pustkę,
Jakby ktoś wyrwał mi serce i pozostawił bez niego.
Tutaj wśród tych białych korytarzy i szpitalnego smrodu.
Stałem i nie czułem nic.
Biegiem ruszyłem do domu.
Przemierzałem ulice i nie zwracałem na nic uwagi.
Miałem tylko jeden cel.
Trzęsącymi się dłońmi przekluczyłem zamek w drzwiach i kopnęłem je, by się otworzyły.
Siadłem w salonie na podłodze i dopiero teraz zrozumiałem, że nie dam rady.
Nic już teraz nie ma sensu.
I tym razem z uśmiechem na twarzy pobiegłem po żyletkę schowaną ma wszelki wypadek w kuchennej szafce.
Cieszyłem się, bo wiedziałem, że to koniec cierpienia.
Chwilę później przeciągnęłem ostrze lekko po nadgarstku, zastanawiając się czy postępuję słusznie.
Przez moje myśli przewinął się obraz szatyna, kiedy wyznałem mu miłość.
Ten niepowtarzalny błysk..
Błysk, którego już nie zobaczę.
Sam nie wiem jak jest po drugiej stronie.
Może nie ma czegoś takiego jak życie po śmierci?
Ale nawet brak życia jest lepszym rozwiązaniem niż życie bez niego.
Przycisnęłem żyletkę do miejsca, w którym było widać żyły i rozcięłem je głęboko.

-Jeszcze chwila, Louis.
Zaraz się spotkamy.
Tam nikt nam nie przyszkodzi.





_______________

Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Za chwilkę wstawię epilog.







czwartek, 18 czerwca 2015

Rozdział 29

Rozdział 29

*Harry*

Zostały niecałe dwa dni...
Nie wiem, czy mogę mu wybaczyć.
Wiem, że jego choroba jest prawdziwa, że zostało mu mało czasu.
Może nawet chwilami myślę, że naprawdę mnie kochał.
Czy gdyby tak nie było to powiedziałby mi o swoich problemach?
Czy płakałby w moich ramionach?
Czy brałby ze mną ślub?
To jasne, że nie.
Ale to nie zmienia faktu jak bardzo mnie odzukał.
Poczułem się jak zabawka.
Rozkochaj i porzuć.
Bo gdyby się nie zakochał...
Zostawiłby mnie.
A tak naprawdę nie wiem, co myśleć.
Czy go kocham?
Oczywiście.
Czy potrafię wybaczyć?
Nie wiem.
Wiem, że tracę czas.
On umiera, a ja jestem tutaj.
Przecież śmierć Jessie nie była moją winą.
Ja ją kochałem.
Kochałem jak siostrę.
Jestem ciekawy, kiedy Louis zaplanował zemstę.
Czy Anna wiedziała?
Jaki on jest naprawdę?
Wstałem z łóżka, w którym spędziłem pierwszą samotną noc.
Kierowałem się w stronę lodówki.
Chwyciłem schłodzoną butelkę lemoniady, która leżała na jej dnie i wlałem w siebie jej zawartość.
Pod wpływem chwili zadzwoniłem do Victorii i spytałem o adres cmentarza, na którym pochowano moją przyjaciółkę.
Była zaskoczona, ale bez żadnego sprzeciwu podała mi informacje.
Godzinę później siedziałem w autobusie, wpatrując się  w nagrobki, do których pojazd się zbliżał.
Z ciężkim oddechem nacisnęłem przycisk przystanku na żądanie i wysiadłem.
Zaciągnęł się świeżym powietrzem i zacząłem stawiać pierwsze kroki.
Błądziłem wąskimi alejkami, aż w końcu trafiłem na poszukiwane miejsce.
Na kamiennej płycie widniał napis:

Ś. P. JESSICA HOLES TOMLINSON

Nigdy nie wspominała mi o drugim nazwisku, dlatego nie skojarzyłem z nim Lou.
Poniżej znajdywała się jej data urodzenia i śmierci.
Widząc zdjęcie, na którym uśmiechała się szeroko, moje oczy zaszły łzami.
Była taka młoda.
Mogła ułożyć sobie życie.
Mogła założyć rodzinę.
Niestety trafiła na mnie.
Siedziałem tam trzy godziny i rozmawiałem z nią.
Tak, rozmawiałem z grobem.
A raczej prowadziłem monolog.
Przeprosiłem ją za wszystko.
Spytałem o brata.
Opowiedziałem co u mnie.
Tak, jakby ona nadal tu była.
W pewnej chwili zerwał się wiatr, a ja czułem się zupełnie, jakby to ona dała mi jakiś znak.
Nie wiem, czy tak było, ale zrozumiałem jedno.
Gdyby tu była, wybaczyłaby mi.
Kazałaby też iść do jej brata i powiedzieć jak bardzo go kocham.
Znałem ją na tyle dobrze, że wiem, iż tak właśnie by było.
I jeśli teraz patrzy na mnie z góry, to chcę by była dumna.
Nie chcę zranić kolejnej osoby.

***

-Kocham cię, Lou- powiedziałem, gdy znalazłem się już w szpitalu.

On tylko spojrzał na mnie i wytrzeszczył oczy, zaskoczony.

-Wy..Wybaczasz mi?- zapytał
-Tak, twoja siostra by tego chciała. Była wspaniałą osobą.

Z jego oczu popłynęło kilka drobnych łez.

-Dziękuję- wyszeptał.
-Za co?
-Za wszystko. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.

Złapałem go za ręce i trzymałem, aż do chwili, w której zasnął.
Znów mam mój skarb przy sobie.
I będę miał.
Będę miał, aż do końca.
Końca, do którego zostało kilka, może kilkanascie godzin.
Wskazówki zegara jak na potwierdzenie moich myśli zdawały się nagle przyśpieszyć.


Rozdział 28

Rozdział 28

*Harry*

Zostały trzy dni...
Jednak tym razem nie było mi dane przywitać ukochanego pocałunkiem.
Zamiast tego obudził mnie krzyk zagłuszony płaczem.
Spojrzałem na mojego chłopaka i już wiedziałem.
Kończy nam się czas.
W pośpiechu zadzwoniłem po pogotowie i przekazałem im istotne informacje.

-Lou.. Dasz radę, wszystko będzie dobrze.- pocieszałem go.

Westchnął tylko i spojrzał w moje oczy.
Ból tak go zmęczył, że nie miał już sił na płacz i krzyki.

-Nie mów tak. Nie będzie dobrze.
Przecież wiesz co się dzieje.
Wiesz, że umieram.

Ze szlochem wpadłem w jego ramiona, zapominając o jego stanie.
Dopiero po cichym syknięciu chłopaka, uświadomiłem sobie swój błąd.
Karetka przyjechała pod dom chwilę później.
Wzięli na nosze nieprzytomnego już Louisa.
Pozwolili mi pojechać z nim.
Po drodze pytali o dokładniejsze dane.
Nie mogłem odpowiadać im spokojnie.
Dusiłem się łzami i kaszlałem.
Szybko dojechaliśmy do szpitala.
Mojego ukochanego przewieźli gdzieś na salę.

***

-Proszę pana..- ktoś odezwał się ledwie słyszalnie.

Zdałem sobie sprawę, że zasnęłem.
Nawet nie zauważyłem kiedy.

-Tak?- odpowiedziałem, przyglądając się doktorowi w białym fartuchu.

-Już z nim lepiej, ale będzie musiał tu zostać.. Do końca. A teraz prosi, żeby pan ho odwiedził.
-Dobrze, dziękuję.

Ruszyłem w kierunku wskazanym przez lekarza.
Przed uchyleniem drzwi zalała mnie fala niepokoju.
Znacie to uczucie, kiedy wiecie, że za chwilę coś się stanie?
Tak właśnie się czułem.
Nabrałem powietrza i po dłuższym czasie je wypuściłem.
Z niewiadomego powodu bałem się tego, co usłyszę.
Mina mojego męża tylko spotęgowała obawy.

-Harry... Usiądź.

Zrobiłem to o co prosił i czekałem na dalsze słowa.

-Powiem ci  teraz coś i proszę...
Niech to nie sprawi, że mnie znienawidzisz.
-Ja? Znienawidzić cię?!
-Proszę, nic nie mów. Poprostu posłuchaj.- przytaknęłem.
-Pamietasz Jessie?- ponowne kiwnięcie.
-Wiesz, że miała brata?- tym razem zaprzeczyłem.
- No więc tak, miała brata.
Jej brat cię nienawidził.
Nienawidził tego, że przez ciebie się zabiła.
Za wszelką cenę chciał się zemścić.

-Ale.. Skąd ty to...- zaczęłem, ale zrozumiałem jaka jest prawda- To ty.

Kiwnął głową, potwierdzając moje słowa.

-O mój boże! Ty...Ty mnie nie kochałeś! Nic się nie zmieniłeś, jesteś taki jak Anna!
-Nie, Harry..
Chciałem się zemścić.
Chciałem cię w sobie rozkochać i porzucić.
Tak było zanim cię poznałem.
Ale wtedy...
Już pierwszego dnia wiedziałem, że nie dam rady.
Ja szczerze się zakochałem.
-Jakieś jeszcze nowości?- warknęłem
-Nie, to już wszystko..- z oczu spływały mu łzy.
-Fantastycznie! Jaką mam pewnośc, że to prawda?!!
-Harry ja..

Nie mogłem tego słuchać.

-Nie! Skończ już kłamać, Louis! Ja muszę to przemyśleć!

Westchnął smutno, ale kiwnął głową.
Musiał zaakceptować i zrozumieć mój wybór.

-Kocham Cię, Hazz!- powiedział, a ja zignorowałem te słowa, nie wiedząc czy są szczere.


___________

Jeszcze tylko dwa rozdziały i epilog jejku nie mogę uwierzyć, że się nie poddałam.







Rozdział 27

Rozdział 27

*Harry*

Zostały 4 dni...
Poczułem wargi muskające moją klatkę piersiową.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem Louisa uśmiechającego się od ucha do ucha.
Odgarnął swoją lekko spoconą grzywkę i wpatrywał się we mnie.

-Dzień dobry, księżniczko- przywitał mnie swoim seksownym i lekko zachrypniętym, porannym głosem.
-Hej skarbie- złączyłem nasze usta w pocałunku.

Lou przekręcił nas tak, żebym ja był pod nim.
Zaczął całować moje nagie ciało i naznaczać je w najbardziej wrażliwych miejscach.

-LouLou- westchnęłem- Co ty dziś taki przylepny?- zachichotałem

Chłopak zarumienił się i odsunął ode mnie.

-Prze.. Przepraszam, Hazz- wyszeptał
-Hej, kochanie! Nie mówię, że mi się to nie podoba- mruknęłem i tym razem to ja znalazłem się nad nim.

Blądziłem językiem po jego ciele, okrążając sutki, spotykając się przez to z dźwiękami aprobaty.
Przerwało nam delikatne burczenie z okolic brzucha szatyna.

-Dobra, dobra.. Chodźmy na śniadanie.

Pociągnął mnie za sobą do kuchni.
Dziś był silny i wesoły.
Takego go zapamiętam.
Pełnego energi i uśmiechającego się co chwilę.
Odrazu zabrał się za przeszukiwanie szafek i robienie ciasta na naleśniki.
Chcąc, nie chcąc zakręciły mi się w oczach łzy.
Kiedyś też robił dla mnie naleśniki...
Kiedyś?!
Przecież to do cholery było tak niedawno..
Tak mało czasu mieliśmy dla siebie.
Poczułem potrzebę uczepienia się go od tyłu i nie opuszczania na krok.
On tylko się uśmiechnął i wepchnął mi do buzi kawałek placka.
Tak bardzo żałuję, że poznaliśmy się tak późno.
Życie czasem ma wobec nas inne plany, niż my sami.
Czasami, gdy poprostu jest zbyt dobrze trzeba coś zniszczyć.
Tylko, że w tym wypadku los trafiał ciągle na te same osoby i rzucał na nie cierpienie.
Pamiętam, że nigdy tak naprawdę nie było mi dane być szczęśliwym.
Tylko kiedy byłem z Louisem patrzałem optymistycznie na świat.
A teraz...
Teraz to wszystko się skończy.
Co będzie ze mną?
Prawdopodobnie znów zaszyję się w pokoju, przestanę jeść i będę płakał.
Zupełnie tak, jak kiedyś.
Historia lubi się powtarzać.

***

-To co dziś robimy?- zapytał Lou, poklepując się po brzuchu i połykając ostatni kęs.
-Sam nie wiem, a na co ty masz ochotę?
-Ty wybieraj, ja chcę tylko być z tobą. Nieważne gdzie.
-Chyba właśnie coś wymyśliłem.

*Louis*

Wysiedliśmy z autobusu, a ja próbowałem strącić jego ręce, które zasłaniały mi oczy.

-Jeszcze chwila, skarbie- powtarzał.

W końcu poczułem jak jego duże dłonie odsłaniają mi widok.
Stanąłem jak wryty.
Nie byłem w stanie wykrztusić ani słowa.
Powoli rozglądałem się po pomieszczeniu.
Przypominało ogromną szklarnię.
W środku pachniało kwiatami.
Było wprost przepięknie.
Możnabyłoby powiedzieć, że magicznie.
Nad naszymi głowami zwisały gałęzie jakiegoś drzewa.
Wszystko miało tak intensywne i piękne kolory.
W dodatku w środku panował półmrok, który oświetlały jedynie latarenki poustawiane wszędzie.
Obok drewnianej ławeczki porośniętej u dołu mchem znajdowało się jeziorko.
Światełka odbijające się w tafli wody wyglądały nadzwyczajnie.
Jej gładką powierzchnię co chwila zakłócały przepływające ryby.
Kiedy w tle zaczęła lecieć cicha i spokojna muzyczka...
Tego było za wiele.
Dałem upust łzom, które powstrzymywałem przez cały ten czas.

-Lou, coś nie tak?- zmartwił się Harry

Ująłem jego twarz w dłonie.

-Tak nardzo cię kocham...- pocałowaliśmy się tak namiętnie, jakbyśmy przeczuwali, że nie będzie już zbyt wiele okazji do czułości.

_________________
Zmusiłam się w końcu do wstawienia rozdziału, chociaż czuję się paskudnie, ale obiecałam dokończyć je przed szpitalem.
Następny rozdział będzie jednym z ciekawszych, a to co się tam zdarzy, to wynik czekania, aż woda się naleje do wanny haha















sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 26

Rozdział 26

*Harry*

Zostało 5 dni...
Obudziło mnie ciepło bijące od ciała mojego męża.
Spaliśmy w objęciach, a nasze nogi splatały się ze sobą.
Chętnie zostałbym z nim tu cały dzień, ale muszę zobaczyć co u naszych gości.
Zszedłem w szlafroku owinięty nim po szyję na parter.

-Hej Harreh!- przywitała mnie Tori
-Hej! Wiesz gdzie jest mój ojciec?- chciałem porozmawiać z nim poważnie o przeszłości.

Dziewczyna wzruszyła ramionami i podała pytanie dalej, do Lizzy.

-Uhmm... Tak, kazał, umm- zacięła się
-Na miłość boską Li!

Westchnęła głęboko i spojrzała na mnie, obawiając się mojej reakcji.

-Powiedział, że nie chce cię znać i nie takiego syna wychował.

Do oczu napłynęły mi łzy.
Jak mogłem myśleć, że się zmienił?
Wciąż jest taki sam.
Jednak po coś przyjeżdżał.
Ale po co?
Nagle zrozummiałem.
Pieniądze.
Pamiętam, po usłyszeniu jakich słów stał się miły.

"-Zapraszam cię na ślub.
-Ślub?!
-Tak, będę miał męża.
-Ty pedale zasrany!
-Proszę cię! Nie trzeba nic dokładać, o prezentach też nie myśl.
Mamy sporo pieniędzy i sami kupujemy potrzebne rzeczy.
-Masz rację, powinienem przyjechać."

To wtedy dowiedział się o naszych oszczędnościach, ale czy wiedział gdzie je chowaliśmy?
Przypomniała mi się druga rozmowa.
Podpuścił mnie, a ja nie zdając sobie sprawy z tego, do czego dojdzie wyjawiłem mu miejsce naszego schowka.
Podszedłem do wysokiej szafy z jakiegoś jasnego drewna
Uchyliłem lekko skrzypiące drzwi i wyciągnęłem obklejony naszymi zdjęciami słoik.
Odkręciłem wieczko i było tak, jak się spodziewałem.
Całkiem pusto.
Siadłem na brzegu łóżka.
Co dziwne, już nie płakałem.
Nie miałem na to sił.
Zbyt wiele się zdarzyło.
W tak krótkim czasie, aż tyle łez.
Schowałem twarz w dłoniach i po chwili zrozumiałem...
Nie to jest najważniejsze.
Zdradził mnie, oszukał i opuścił, ale tak naprawdę nie potrzebuję go.
To nie on ostatnio leczy moje rany po śmierci mamy i wspomnieniach z dzieciństwa.
To był Louis.
I to on mnie teraz potrzebuje.
Muszę go wspierać.
Uśmiechnęłem się szeroko na myśl o tym pięknym chłopaku, śpiącym w naszym łóżku w potarganych włosach i pochrapującego cichutko.
Wczołgałem się pod kołdrę.
Otuliłem ramieniem rozpalone ciało mojego partnera.
Cały czas staram się nie myśleć o tym, że to koniec.
Widocznie poczuł mój dotyk, bo po chwili otworzył zaspane powieki i na wpół śpiąc musnął ustami mój policzek.

-Lou... Masz gorączkę- zmartwiłem się.
-Wiem, kochanie...- przerwał, bo zabrakło mu sił.

Spojrzał na mnie, próbując ukryć smutek.

-Przecież tak miało być.- dokończył ledwie słyszalnie.

Tego dnia również zrezygnowaliśmy z zajęć.
Lou nie miał już siły.
Prawdopodobnie będzie musiał już niedługo przenieść się do szpitala.
Zosaliśmy w łóżku przytuleni do siebie.
Po południu siedliśmy do stołu z naszymi bliskimi.
Miło było patrzeć na radosnego ukochanego.
Jego rodzice... Cóż...
Kiedyś skrzywdzili go niewyobrażalnoe mocno, ale teraz zachowują się wprost wzorowo.
Myślę, że zrozumieli swój błąd i teraz chcą to naprawić.
Nie tak jak mój ojciec.
Położyliśmy się spać bardzo wcześnie, bo Louis znów źle się poczuł.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Rozdział 25

Rozdział 25

*Harry*

Zostało 6 dni...
Dzisiaj ślub.
Ceremonia przypadała na popołudnie, więc mieliśmy jeszcze czas.
Zerwałem się gwałtownie na równe nogi i wybiegłem z telefonem na balkon.
Wystukałem dziewięć cyfr i modliłem się, by wciąź miał ten numer.
Już po chwili po drugiej stronie usłyszałem oddech.

-Halo?- zapytał zachrypniętym głosem. To on.
 Odetchnęłem głęboko, zanim odważyłem się odezwać.

-Tato?

***

Rozmowa była delikatnie mówiąc dziwna.
Ojciec na początku wyzwał mnie od pieprzonych pedałów.
Potem jednak błyskawicznie zmienił ton i od razu zgodził się przyjść na ślub.
Zdiwiło mnie to, ale wolałem nie doszukiwać się we wszystkim intrygi.
Osiągnąłem niemożliwe.
Zadowolony z siebie wróciłem do łóżka.
Louis nadal spał.
Miał lekko rozchylone wargi i potargane włosy.
Pocałowałem go w czoło i znów pogrążyłem się we śnie.

*Louis*

Obudził mnie dzwonek mojego telefonu.
Przetarłem powieki i otworzyłem oczy.
Harry leżał przy mnie wtulony w moją szyję.
Chciałem sprawdzić z jakiego powodu mój iphone postanowił przerwać nam sen.
Sięgnęłem po niego i nagle coś mnie przeraziło.
Nie był to brak jakichkolwiek powiadomień.
Była to godzina.
10:30.
Cholera, przecież za 1,5h mamy ślub.
Zacząłem budzić Harry'ego szarpaniem za włosy, ale to poskutkowało tylko jego mruczeniem "jeszcze pięć minut".
Wiem, co go obudzi.
Przybliżyłem się do jego szyi.
Zacząłem składać na niej mokre pocałunki, zjeżdżając coraz niżej.
Dotarłem do obojczyków.

-Lou?- zapytał pobudzony
-Tak Harreh? Obudziłeś się?
-Tak... Obudził mnie czyjść język- zaśmiał się.

Dołączyłem do niego, ale po chwili spowarzniałem.

-Haroldzie! Mamy dzisiaj ślub!- użyłem tego imienia, żeby go odrobinę zirytować.
-Louis'ie William'ie Tomlinson...- zaczął odpowiedź lekko zły.

Nie chciałem, żeby się na mnie gniewał, dlatego przyciągnęłem go bliżej, zaplatając swoje uda za jego plecy i pocałowałem.

-No co?- zapytałem niewinnym głosikiem

Uśmiechnął się pokonany.

-Nic. Kocham cię. Musimy się szykować.

*Harry*

Staliśmy obaj w garniturach zestresowani jak pierwszoklasiści przed występem.
Rozejrzałem się w poszukiwaniu gości.
Wkrótce nadeszła Lizzy, zaraz za nią Victoria, a na końcu Anna.
Nasi rodzice nie przyszli.
Urzędnik, który miał udzielić nam ślubu zaczął potupywać nogą ze zniecierpliwieniem.
Lou był zdziwiony moim zachowaniem.
Nie wiedział na kogo czekam.
Westchnęłem zawiedziony i dałem znak, by rozpoczęto ceremonię.
Nie minęło dużo czasu, aż ktoś przerwał.
Wbiegli zdyszani rodzice Louis'a i mój ojciec.

-Przepraszamy bardzo za spóźnienie.
Podwoziliśmy tego pana, a po drodze złapaliśmy gumę- tłumaczyła zajście kobieta.

Uspokoiliśmy ich i przekonaliśmy, że nic nie szkodzi.
Mój przyszły mąż wciąż wpatrywał się w gości ze łzami w oczach i niedowierzał.
Reszta uroczystości przebiegła bez zakłóceń.
Było pięknie.
Zupełnie jak w bajce.
Po ogłoszeniu nas małżeństwem dałem mężowi czas na rozmowę z rodziną.
Ja wymieniłem pare zdań z ojcem.
Co chwilę mówił jaki jest ze mnie dumny.
Być może się zmienił.
Wszystkim gościom zaproponowaliśmy nocleg u siebie.
Nie zamierzaliśmy obchodzić nocy poślibnej.
Oboje wiedzieliśmy, że Louis jest słaby.
Coraz słabszy...



















niedziela, 7 czerwca 2015

Rozdział 24

Rozdział 24

*Harry*

Zostało 7 dni...
Z uśmiechem wspominałem wczorajszy wypad.
Wszyscy ludzie byli zbyt zajęci sobą, żeby zauważyć całujących się na środku basenu dwóch chłopaków.
Wodne zabawy tak nas zmęczyły, że Lou zasnął w taksówce.
Nie chcąc go zbudzić, wzięłem go na ręce i zaniosłem do sypialni.
Wtulił się we mnie i cichutko pomrukiwał.
Kolejny udany dzień.
Ale co dzisiaj?
Zobaczyłem wciąż śpiącego Louis'a i poczułem, że muszę go przytulić.
Zmrużyłem oczy i złożyłem kilka pocałunków na jego żebrach.
Już miałem ponownie zapaść w sen, kiedy coś mi się przypomniało.


-Ślub! Jutro ślub!- niechcący wykrzyknęłem te słowa i obudziłem tym Louis'a.

-Harreh...co się stało?
-Przepraszam kochanie... Po prostu.. Jutro bierzemy ślub, a nic jeszcze nie gotowe.

Chłopak przeciągnął się i pocałował mnie w czubek nosa.

-Damy radę! Ja zajmę się salą i jedzeniem, a ty muzyką i gośćmi. Co ty na to?

Zamyśliłem się nad pewną rzeczą.

-Lou? Kogo mam zaprosić?
-Racja... Zawsze chciałem, żeby rodzice byli na moim ślubie, ale na to nie ma co liczyć.
-Przykro mi, skarbie..

Mój ukochany lekko się uśmiechnął.

-Nic nie szkodzi.
Zaprosiłeś Lizzy, to już coś.
-Taak..- westchnęłem
-Zaprośmy Victorię!- pisnął uradowany
-Okay, zadzwonię do niej.
-Hazz?
-Tak, LouLou?
-Pomyślałem, że moźe zaprosimy Annę?
-Annę? Przecież tak bardzo cię zraniła.
-Wiem, ale mimo wszystko kiedyś się przyjaźniliśmy.
Ślub to dobra okazja do pojednania.
-Dobrze, mam nadzieję, że jej obecność nie zepsuje nam uroczystości.

Chłopak spuścił głowęw dół.

-Uhm.. harry, a twój tata?

Wróciło wspomnienie nastolatka chowającego się przed pijanym ojcem.

-Słyszałeś jaki był... Nie kochał mnie

***

Louis poprosił, żebym jeździł do potencjalnych gości osobiście.
Najpierw udałem się do Tori.
Z naszej rozmowy telefonicznej wynikało, że nowe mieszkanie znajduje się blisko niej.
Już po dwudziestu minutach jazdy augobusem stałem u progu jej drzwi, oznajmiając jej radosną nowinę.
Przy okazji podziękowałem jej.
Gdyby nie ona, nie odważyłbym się wyznać ukochanemu, co czuję.
Ona tylko się śmiała i powiedziała, że była pewna, że skończymy jako małżeństwo.
Z Anną poszło równie dobrze.
Przepraszała mnie jeszcze z dziesięć razy.
Powiedziałem, że jej wybaczyłem, a Louis bardzo chciałby zobaczyć ją na naszej uroczystości.
Victoria będzie, Anna będzie...
Zadzwoniłem do Lizz i przekazałem jej dokładne informacje.
Adres, godzine i tego typu rzeczy.
Lizzy też będzie.
Teraz czeka mnie trudniejsze zadanie.
Choćby nie wiem co, zamierzam sprowadzić tu nasze rodziny.

***

Stałem przed mieszkaniem, w którym prawdopodobnie przebywali rodzice mojego narzeczonego.
Z tego, co udało mi się ustalić, znów byli razem.
Czułem do nich nienawiść, ale chciałem spełnić marzenie Lou.
Kiedy otworzyła mi szczęśliwa para, przedstawiłem się im jako przyszły maż ich syna.
Na początku byli zszokowani.
Później wyjaśniłem im całą sytuację jak najdokładniej i poprosiłem o przybycie.
Matka odrazu się rozpłakała i zadeklarowała swoją obecność.
Ojciec z początku był sceptycznie nastawiony, ale po chwili powiedział:

-Zmieniłem się. Wiem, co zrobiłem źle.
Teraz chcę go wspierać.


___________

Mam nadzieję, że rozumiecie moje dłuższe nieobecności.
Mój stan zdrowia jest dość kiepski, więc nie zawsze jestem w stanie coś dodać, ale gwarantuję wam, że przed moim wyjazdem do szpitala czyli 23 czerwca, opowiadanie będzie zakończone.
Proszę o komentarze, bo ostatnio ich nie ma.

niedziela, 31 maja 2015

Rozdział 23

Rozdział 23

*Harry*

Zostało 8 dni...
Każdego z tych dni chciałem spełniać jakieś marzenie Louis'a.
Wiedziałem, co możemy dzisiaj robić.
Mój chłopak uwielbiał pływać.
Postanowiłem zaprosić go na basen.
Wstałem z łóżka, cmokając go przedtem w czoło.
W pośpiechu ubrałem się ciepło i wypiłem herbatę.
Wolałem nie tracić czasu na śniadanie.
Napisałem mu na kartce krótką wiadomość:

"Dzień dobry BooBear!
Wyszedłem tylko na chwilę.
Zaraz wracam kochanie.
Zjedz śniadanie, bo później wyjeżdżamy.
                        Twój Harreh xx"

Wyszedłem z domu, kierując się w stronę budynku aquaparku.
Lepiej kupić karnety wcześniej, żeby mieć zapewnione wejście.

*Louis*

Obudziłem się i przeciągnęłem, ziewając.
Natychmiast poczułem zimno.
Nie ogrzewało mnie ciało Harry'ego.
Otworzyłem oczy i rozejrzałem się dookoła.
To utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że mojego chłopaka tu nie ma.
Zacząłem panikować, ale wtedy zauważyłem leżącą na szafce białą kartkę.
Przeczytałem informację od Harry'ego i byłem już nieco spokojniejszy.
Zżerała mnie ciekawość, gdzie mnie zabiera.
Tak jak napisał, tak zrobiłem.
Zjadłem jajecznicę, wypiłem kakao i usiadłem znudzony na kanapie przed telewizorem.
Nigdy nie myślałem, że spotka mnie coś takiego.
Wiem, że umieram.
Wiem, że nie ma już dla mnie szans.
Mimo wszystko jestem szczęśliwy.
Dostałem o wiele więcej, niż na to zasłużyłem.
Mam kogoś, kto kocha mnie i moje wady.
Kogoś, kto akceptuje moją chorobę.
Kto mnie nie zostawi.
Nie tak jak matka.
Na wspomnienie rodzicielki zebrały mi się łzy w oczach.
Tak bardzo ją kochałem.
Zostawiła dla mnie ojca.
Wybrała mnie.
A jednak..
Kiedy dowiedziała się, że zostało mi tak mało czasu...
Odeszła.
Usłyszałem przekręcanie klucza w drzwiach i uśmiechnęłem się, wiedząc kto przyszedł.

*Harry*

Wszedłem do domu trzymając dwa bilety.
Odrazu po zauważeniu Lou, podbiegłem i złączyłem nasze usta w pocałunku, w międzyczasie przyciągając go do siebie.

-Harry!- ucieszył się
-Hej skarbie! Spójrz co mam!- pomachałem mu wejściówkami przed oczami.

Zaciekawiony wziął je do ręki i zaczął czytać.
Jego źrenice się rozszerzyły i dziękując znów przysunął się do mnie w uścisku.

***

Przebraliśmy się w kąpielówki i ruszyliśmy w górę po schodach, kierując się strzałkami z napisem 'pływalnia'.
Już po chwili do moich nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach chloru.
Podeszliśmy do krawędzi basenu.
Wskoczyłem, zanurzając się całkowicie.
Wynurzyłem głowę i spojrzałem na mojego chłopaka.
Zdawał się być zmartwiony.

-Lou, co się stało?
-No bo... Harry, może będziemy się zachowywali jak znajomi? Ci wszyscy ludzie...

Rozumiałem o co mu chodzi.

-Ale czy ty tego chcesz?- zapytałem
-Wiesz, że nie, ale..- nie dałem mu dokończyć

Podałem mu rękę wciągając go do wody.
Chwyciłem jego twarz w dłonie i zacząłem gładzić policzki kciukami.

-Właśnie... Liczy się to, czego ty chcesz.

Pociàgnęłem jego twarz pod powierzchnię, jednocześnie sam się zanurzając.
Złożyłem w podwodnym pocałunku nasze wilgotne wargi.
Przygryzłem jego wargę prosząc o pozwolenie.
Już po chwili nasze języki walczyły ze sobą o dominację.



_______________

Przepraszam, że tak późno, ale jestem zajęta przygotowaniami do szpitala etc.
Jak zwykle proszę o komentarze.
xx






środa, 27 maja 2015

Rozdział 22

Rozdział 22

*Harry*

Zostało 9 dni...
Wczorajszy był zdecydowanie udany.
Dzisiaj chcemy załatwić formalności związane ze ślubem.
Na szczęście, w naszym kraju toleruje się związki homoseksualne i zezwala im na małżeństwo.
Po rozmowie z urzędnikiem i przedstawieniu mu naszej sytuacji, zgodzili się udzielić nam ślubu w najbliższym terminie.
6 dni przed śmiercią Louis'a.
Będziemy małżeństwem 6 niecałych dni...
Zmęczeni wróciliśmy do domu.
Mój chłopak poczuł się słabo, więc musiałem sam iść do sklepu.
Chciałem zrobić zakupy, bo ukochany miał ugotować nam obiad.
Zdecydował, że będzie to makaron z łososiem.
Na dworze było dość zimno.
Szedłem owinięty w swój czarny płaszcz.
Stanęłem przed sklepem i poczułem ciepłe powietrze owiewające mnie od dołu do góry.
Wszedłem i powiedziałem krótkie 'dzień dobry' uśmiechniętej kasjerce.
Wzięłem koszyk i ruszyłem do alejki z pieczywem.
Pod koniec miałem chleb, makaron, śmietanę, łososia i wielkiego lizaka z napisem 'I love u'
dla Louis'a.
Podeszłem do kasy i rozłożyłem produkty na ladę.
Sprzedawczyni próbowała ze mną flirtować, więc dyskretnie wyciągnęłem rękę z pierścionkiem w jej stronę.
Nie zauważyła tego i dalej prawiła mi idiotyczne komplementy.

-Jest pani bardzo podobna do mojego chłopaka- miałem nadzieję, że to ją uciszy.

Spojrzała na mnie zdziwiona, a po chwili roześmiała się.

-No tak, taki fajny chłopak nie mógłby być wolny i hetero.
Twój chłopak to szczęściarz...- przerwała, czekając, aż podam swoje imie.

Tymi słowami wzbudziła we mnie sympatię.
Była miłą i tolerancyjną osobą.

-Harry, a ty?
-Lizzy

Zobaczyłem cenę wyświetloną na ekranie.
Odliczyłem odpowiednią kwotę i wręczyłem ją dziewczynie.
Wydała mi paragon i życzyła miłego dnia.
Już miałem wracać, kiedy wpadł mi do głowy szalony pomysł.

-Hej, uhm..Lizz?
-Tak?- zapytała
-Tak sobie pomyślałem..
Louis chciałby mieć dużo gości na ślubie i wiem, że dopiero cię poznałem, ale jesteś strasznie miłą osobą i chciałbym, żebyś przyszła.
-Ślub?!- była w szoku.
-No tak, za trzy dni się pobieramy.
-Wybacz, ale czy nie jesteś zbyt młody?

Zastanawiałem się czy powiedzieć jej prawdę, ale niby czemu nie?

-Louis umiera...- z oczu znów popłynęły mi łzy
-O mój boże, Harry! Tak mi przykro!- załkała

Brunetka pocieszała mnie jeszcze chwilę, a na końcu oznajmiła, że chętnie przyjdzie i  podała mi swój numer telefonu.
Wróciłem do domu szczęśliwy.
Opowiedziałem narzeczonemu o spotkaniu.
Tak jak przypuszczałem, był szczęśliwy, że ją zaprosiłem.
Tego właśnie chciał.
Wesela w miłym i tolerancyjnym gronie.
Zrobiłem mu kakao, a on gdy tylko poczuł się lepiej, odwdzięczył się obiadem.
Według mnie był najlepszym kucharzem.
Po posiłku zasiedliśmy na kanapie, kłócąc się o wybór filmu.
Odpuściłem zgadzając się na komedię, którą chciał obejrzeć mój ukochany.
W końcu zosało mu tak mało czasu.
Następny film wybrałem ja.
Również zdecydowałem się na komedię.
Nie lubiłem takiej katygorii filmów, ale wprost uwielbiałem widok chichotającego Lou.
Nadal w to nie wierzę,
Nie wierzę, że mam chłopaka.
Do mojej głowy powróciło pewne bolesne wspomnienie.
Nie wierzę, że żyję...

*kilka lat wcześniej*

-Harry, Harry, Harold!- jak przez szumy usłyszałem wołanie matki.

Chwilę zajęło mi przypomnienie sobie, co się stało.
Żyletka.
Krew.
Płacz.
Karetka.
Rozejrzałem się.
Byłem w szpitalu.
Niestety mnie uratowali.

***

Tak mało brakowało, a nie byłoby mnie tutaj.
Nie poznałbym Louis'a.
Chociaż i tak wkrótce go stracę.






















wtorek, 26 maja 2015

Rozdział 21

Rozdział 21

*Harry*

Zostało 10 dni.
Lekarz przekazał tą wiadomość mojemu ukochanemu.
Byliśmy załamani.
Płakliśmy w swoich ramionach.
Potem Louis zaproponował mi, żeby było to nasze najlepsze 10 dni.
Lekarz zgodził się go wypisać, ponieważ jego stan nie wymagał an razie stałej opieki, ale według niego to bardzo szybko się zmieni.
Postanowiłem, że pójdziemy do restauracji.
Romantyczna kolacja we dwójkę.
To byłoby dla mnie spełnienie marzeń.
Gdyby tylko ta druga osoba nie umierała.
Nie chciałem dać po sobie poznać smutku.
Nie przed nim.
To mają być dla niego wspaniałe dni.
Uśmiechałem się ciągle, pochylając się co chwilę, by pocałoeać go w lekko rozpalone czoło.
Usiedliśmy w rogu lokalu, z dala od ludzi.
Po prośbie właściciel zgodził się udostępnić nam parawan, który był pomocny w odizolowaniu się.
Trzymaliśmy się za ręce w oczekiwaniu na zamówione jedzenie.

*Louis*

Siedziałem tak w milczeniu, patrząc na Harry'ego.
Wiedziałem ile zostało mi czasu.
Poczułem, że przed śmiercią chcę zrobić jeszcze jedną rzecz.
Nie zależy to tylko ode mnie.
Ciekawe co na to powie.

-Harry? Mam pytanie.
-Pytaj, kochanie, śmiało.

Zebrałem się na odwagę i klęknąłrm przed nim.

-Moźe nie jestem idealny,
Nie jestem spełnieniem marzeń, 
Niedługo umrę,
Nie mam nawet pierścionka,
Ale cię kocham.
Zostaniesz moim mężem?- powiedziałem to, co miałem w sercu.

Mój chłopak nie dowierzając w to, co usłyszał przetarł oczy, żeby zobaczyć, czy naprawdę przed nim klęczę.
Po dłuższej chwili łzy pociekły mu po policzkach.
Obdrował mnie swoim uśmiechem z dołeczkami.
Był taki piękny.
Perfekcyjny.

-Tak LouLou, tak!-chciał rzucić mi się na szyję, ale w ostatnie chwili przypomniał sobie o mojej sytuacji, więc objął mnie powoli i schował w ramionach.

-Harry, pocałuj mnie..

*Harry*

Złączyłem nasze usta w pocałunku.
Ocieraliśmy się o siebie językami, co chwilę mrucząc z zachwytu.
Byłem zdecydowanie najszczęśliwszą osobą na świecie.
Nie liczyła się wtedy choroba.
Ważne było to, że zaofiarował mi siebie całego.
Aż do końca.

***

Wspólnie wybraliśmy się po pierścionki.
Nie chcieliśmy, aby nosił go tylko jeden z nas.
To tak jakby to uszczęśliwiało tylko jednego.
Sprzedawca na początku spojrzał an na krzywo, ale potem pomyślał pewnie, że jesteśmy tylko braćmi lub kolegami.
Uśmiechnął się więc sztucznie i zaczął rozkładać przed nami rozmaite wyroby jubilerskie.
Niektóre zapierały dech w piersiach, ale żaden nie był na tyle wyjątkowy, żebym mógł dać go Louis'owi.
Wiedziałem, że powoli kończyły się propozycje.
Zestresowany sprzedawca wyciągnął ku nam ostatnie pudełko.
Gdy je otworzył wiedzieliśmy, że nic piękniejszego nie widzieliśmy.

-Bierzemy dwa takie- powiedzieliśmy równocześnie, chichocząc.

Zapakował je do czerwonych, zamszowych opakowań, ale my od razu nałożyliśmy je sobie nie palce.

-Twój na zawsze- powiedziałem
-Twój do końca

Pocałowaliśmy się, spotykając się przez to ze zniesmaczonymi spojrzeniami ludzi.
Nie obchodziło mnie to.
Dziś jestem ja i mój narzeczony.
Narzeczony.. Jakie to piękne.









Rozdział 20

Rozdział 20

*Harry*

Nagle do mnie dotarło...
Wszystko...
Zniknięcie jego matki...
To wahanie...
Smutek..
Już wszystko jasne.

-Ile ci zostało?- wyszeptałem, ocierając łzy.
-Nie wiem, jeszcze nie wiem.

Wiedziałem, że to kiedyś nastąpi, ale nigdy nie myślałem, że tak szybko.
Mój mały Lou...
On był częścią mnie.
Dzięki niemu się śmiałem.
Dzięki niemu żyłem, a nie tylko istniałem.
Co będzie potem?
Jak będę funkcjonował?

-Lou..Dlaczego?!- krzyczałem i płakałem jednocześnie- Dlaczego mi nie powiedziałeś?
-A co by to dało?
-Masz rację, nic...
-Bałem się, że mnie zosawisz.

Nie wpadłem na to.
On najzwyczajniej w świecie nie chciał mnie stracić.
Rozumiem to.

-Nigdy bym cię nie zostawił i tego nie zrobię.
-Ale Hazz..-przerwał, bo łza spłynęła na jego drżące usta- Ja umieram.

Nie tak to miało wyglądać.
Do ostatniej chwili chciałem liczyć na to, że wszystko się ułoży, on wyzdrowieje, weźmiemy ślub..
Będziemy żyć jak w bajce.
Nigdy wyobrażając sobie naszą wspólną przyszłość nie myślałem o sobie stojącym nad grobem ukochanego.
Wróciłem do rzeczywistości, ale zauważyłem, że Louis zasnął.
Postanowiłem pojechać do domu po nasze ubrania.
Nie zamierzałem go zostawiać, a nie wiadomo kiedy i czy wypiszą go do domu.
Szedłem ulicą, a ludzie mijali mnie widząc w jakim nastroju jestem.
Zobaczyłem w oddali jakąś parę, prowadzącą wózek.
To było zbyt wiele.
Upadłem na chodnik.
Krzyczałem i płakałem.
Nic się nie liczyło.
Przegrałem.
Od początku tak miało być.
Nie miałem być szczęśliwy.
Leżałem na zimnych, betonowych płytqch, dławiąc się łzami.

-To powinienem być ja!- krzyczałem

Nie zwracałem uwagi na to, jak żałośnie musiałem wyglądać.
Po długim czasie uspokoiłem się, uświadamiając sobie to, że po przebudzeniu ukochany może zmartwić się moją nieobecnością.
Wstałem chwiejąc się lekko.
Przyśpieszyłem kroku i szedłem przed siebie, mimo że chciałem rzucić się pod któreś z tych pędzących aut, które nawet nie zdążyłyby zareagować.
Ale muszę być dzielny.
Muszę się trzymać.
Nie dla siebie.
Dla niego.
Uchyliłem drzwi od domu i rozejrzałems się po nim.
W końcu nawet nie zdążyliśmy go zwiedzić.
Wiedząc, że mam mało czasu spakowałem do torby pierwsze, lepsze ubrania i wybiegłem w kierunku szpitala.

***
Już od pierwszego kroku uderzył mnie ten charakterystyczny zapach.
Odnalazłem sale mojego chłopaka i cicho wszedłem do środka.
Niestety Louis już nie spał.
Siedział, podkurczając kolana do siebie i chowając w nich głowę.
Usłyszałem szlochanie.

-Lou? Lou, kochany.. Co się stało?
-Harry?- spojrzał na mnie zdziwiony

Jego powieki były czerwone i podpuchnięte od łez.

-Co się stało? Powiedz mi słonko.
-Ja..Ja myślałem, że mnie zostawiłeś.

***

Wyjaśniłem Louis'owi moją nieobecność.
On przeprosił za to, że we mnie zwątpił.
Rozmawialiśmy jeszcze chwikę, dopóki nie przysnął.
Postanowiłem pójść w tym czasie do lekarza i zapytać...
Zapytać, kiedy odejdzie część mnie.
Zadałem wspomniane pytanie i wpatrywałem się w twarz starca.
Nie zdradzała jakichkolwiek emocji.
Nabrał powietrza, a po dłuższej chwili je wypuścił.
Wypowiedział dwa słowa.
Dwa słowa, które mnie zabiły.

-Dziesięć dni.

____________________

Postanowiłam skończyć to opowiadanie zanim pojadę do szpitala, więc będę wstawiała często, jeśli tylko zdrowie mi na to pozwoli.

sobota, 23 maja 2015

Rozdział 19

*Louis*

Obudziły mnie promienie słońca błądzące po mojej twarzy.
Przeciągnęłem się, ziewając szeroko.
Z radością odkryłem, że koło mnie leży mój chłopak.
Pochrapywał cicho, wtulając się w moją szyję, jednocześnie rozgrzewając mnie.
Pocałowałem go czule w czoło i przekręciłem się na drugi bok z zamiarem opuszczenia łóżka i zrobienia śniadania.
Nagle dotarł do mnie jego zachrypnięty, poranny głos.

-LouLou.. Zostań- mruknął

Złączyłem nasze usta w pocałunku i spojrzałem na jego perfekcyjną twarz.

-Miałem iść zrobić jedzenie, ale...wolę zostać tutaj, z tobą.
-Louis powiedz mi..-zaczął, a w oku zakręciła mu się łza
-Tak, kochanie?- ujął moją twarz w dłonie i złożył pocałunek na rozgrzanym policzku.
-Jak.. Jak to możliwe, że ktoś taki jak ja ma kogoś takiego jak ty?
-wiesz, że codziennie zadaję sobie to samo pytanie? Nie zasługuję na ciebie.
-Nieprawda! Jesteś najlepszym, co mi się w życiu przytrafiło.

Pocałowaliśmy się po raz kolejny tego dnia.
Po chwili czar prysł i pojawiły się wspomnienia wczorajszych wydarzeń.
Harry też chyba o tym pomyślał, bo zapytał:

-Lou, ale.. Co teraz?

Otarłem jego łzy i widząc smutną twarz momentalnie podjęłem decyzję.

-Wyprowadzimy się.. Co ty na to Hazz?

*Harry*

I co ja mam odpowiedzieć?
Niby jesteśmy razem, ale wspólne mieszkanie to już inny poziom.
Co ja mówię?!
Przecież my już mieszkamy razem.
A poza tym kochamy się z całego serca.
Nie mam żadnych zastrzeżeń.
Teraz mogę robić to, co chcę.
Spojrzałem na mojego chłopaka, upewniając się, czy propozycja jest aktualna.
Zetknąłem się z jego pytającym spojrzeniem.
Przepełnione było miłością i radością.
Poczułem jak łzy spływają po mojej twarzy, przez szyję, mocząc poduszkę.
Nie mógłbym być szczęśliwszy.

-Tak!

Objął mnie swoimi chydymi ramionami i przycisnął do siebie.
Wiedziałem, że tu jest moje miejsce.
Nasze ciała idealnie do siebie pasowały.
Jakby były dla siebie stworzone.

***

Po południu Louis zaczął szukać dla nas odpowiedniego mieszkania.
Miał pieniądze, a i mi nie brakowało oszczędności.
Rodzina nie utrzymywała z nim kontaktu, ale dbała o to, by miał jak żyć.
Dość szybko znaleźliśmy odpowiednią ofertę.
Domek był uroczy i niezbyt drogi, w sam raz.
Pozostało już tylko czekać do dnia wyprowadzki.

***

Obudziłem się bardzo podekscytowany.
Już dziś mieliśmy opuścić nasze miejsce zamieszkania i rozpocząć nowe życie.
Pocałowałem śpiącego jeszcze Louis'a i nie budząc go wyszedłem się ubrać.
Wybrałem czarne, obcisłe rurki, białą koszulkę i luźną, szarą bluzę.
Wróciłem, żeby obudzić ukochanego, ale on siedział już na kanapie, uśmiechając się szeroko.

***

Ciężarówka wywiozła nasze rzeczy, a my pojechaliśmy taksówką zaraz za nią.
Louis'owi trochę trudno było pożegnać się z domem, choć nie mieszkał w nim długo.
Mi nie sprawiło to problemu.
Nie byłem zbyt sentymentalny.


***

Rozpakowywaliśmy kolejne kartony z meblami.
W pewnym momencie zauważyłem jak mój chłopak łapie się za brzuch.
Chciałem zapytać co się dzieje, ale nie zdążyłem.
Osunął się bezwładnie na podłogę.
Mogłem zrobić tylko jedno.

***

Karetka przewiozła go do szpitala.
Gdy tylko mi pozwolili, poszedłem do niego na salę.
Leżał zupełnie pozbawiony sił.
Gdy mnie zobaczył, spuścił głowę.

-LouLou...Co jest?- pogłaskałem go po rozpalonych policzkach.

Spojrzał na mnie, a z oczu popłynęły mu łzy.

-Ha..Harry.. Ja nie powiedziałem c..ci wszystkiego.


_________________
Przepraszam, że nie wstawiłam wtedy, kiedy obiecałam, ale zaczęłam się dusić i miałam jechać na pogotowie.
Myślę, że rozumiecie.
A co do fanfiction...
Coraz bliżej końca..
Od kolejnego rozdziału będziemy wiedzieli, czego Louis nie powiedział Harremu.
Ogólnie teraz będzie dość ciekawie.
Najbardziej zaskakująca rzecz zdarzy się chyba w 28.
To co tam się wydarzy, to była taka spontaniczna decyzja i jestem ciekawa jak na to zareagujecie.
Podpowiem tylko, że Louis od początku ukrywał coś jeszcze.

Jeśli przeczytałeś, to skomentuj.


sobota, 16 maja 2015

Rozdział 18

Rozdział 18

*Louis*

Obudziły mnie czyjeś krzyki.

-Harry! Louis, Lou obudź się!- krzyczała Tori.

Może przeczytała w gazecie, że ktoś odnalazł zwłoki Harry'ego?
Nie, chwila..
Jej głos był radosny.

-C..co się stało?- wyjąkałem

Przetarłem oczy i nie dowierzałem w to, kto stoi w korytarzu.

-Ha..Harry?- czy to naprawdę on?

Dopiero teraz dostrzegłem jak wiele blizn pokrywa jego ciało.
Był cały posiniaczony.
Zerwałem się z kanapy i podbiegłem do ukochanego.
Rzuciłem mu się na szyję.
Skrzywił się z bólu i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę ze swojej głupoty.

-Przepraszam, nie chciałem zrobić ci krzywdy.
-Nic się nie stało, to tylko siniaki- pomimo bólu starał się uśmiechnąć
-Harry, połóż się i odpocznij.
-No co ty! Dobrze się czuję Boo- machnął ręką, po czym zgiął się w pół.

Zachichotałem lekko z tego, jak bardzo był uparty.

-Może jednak odpocznę- zgodził się

Położył się i przykrył kocem.
Nie zdziwiło mnie, kiedy zobaczyłem, że zasnął.
Musiał wiele przejść.
Tak mi go żal.
Wiem, że niezależnie od tego, co ostatnio przeżywał, powie nam to.
Trzeba tylko poczekać.
Porozmawiałem z Victorią.
Okazało się, że Harry wrócił chwilę przed moim przebudzeniem się, a jego jedynymi słowami było 'Gdzie mój Loueh?'.
Wpatrywaliśmy się w niego w milczeniu.
Tak minęło nam kilka godzin.
Po tym czasie otworzył oczy i spojrzał w moją stronę.

-Tak bardzo cię kocham, Louis- jego głos przepełniony był smutkiem.
-Ja ciebie też, Harry...

Nie wiedziałem jak mam delikatnie zacząć tą rozmowę.

-Harry?
-Tak?
-Wiesz, że powinieneś mi powiedzieć?

*Harry*


Kiedy to powiedział, wróciły do mnie wspomnienia tego dnia.

******

Wyszedłem do łazienki, zostawiając Louis'a w kawiarnii.
Po wyjściu z kabiny ktoś uderzył mnie w głowę.
Zauważyłem twarz sprawcy, a po chwili zemdlałem.
Po odzyskaniu przytomności, nie wiedziałem, gdzie jestem.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu.
Była to jakaś ciemna piwnica.
Chciałem wstać, ale wtedy poczułem sznury trzymające mnie na krześle.
Chałas, który zrobiłem, szarpiąc się z węzłami przywołał dwóch mężczyzn.
Mieli na sobie kominiarki.
Chciałem znaleźć wśród nich tego, który mnie pobił, ale zdałem sobie sprawę z tego, że nic nie pamiętam.
Ani wzrostu, ani koloru oczu, ani kształtu twarzy.
Po chwili dołączył trzeci człowiek.
Był wyższy i bardziej umięśniony.
Zaczęli mnie bić i kopać.
Pluli mi w twarz.
Na końcu wyjaśnili, że brzydzą się "pedałami".
Nigdy nie zrozumiem jak można być tak bardzo nietolerancyjnym.
Przecież mi nikogo nie krzywdzimy.
Zdałem sobie sprawę z tego, jak głupi byłem, pozwalając im na to.
W duchu dziękowałem mamie za zapisanie mnie na różne kursy samoobrony i sztuki walki.
Patrząc na mnie, nikt nie spodziewałby się tego, ale ja byłem bardzo dobry w biciu się.
Poprostu tego nie lubiłem.
Gardziłem przemocą, ale w tamtej chwili poczułem, że tylko to może mnie uratować.
Udało mi się odwiązać sznury.
Wziąłem głęboki oddech i podbiegłem do pierwszego, uderzając go z zaskoczenia w brzuch.
Z kolejnym poszło trudniej, ale poradziłem sobie.
Trzeci był najgorszy.
Nasz pojedynek zostawił mi na twarzy wiele ran, ale wygrałem.
To było tylko szczęście.
Mało brakowało do przegranej.

******

Opowiedziałem Louis'owi moją historię, jednak pominąłem większość scen, które były dość.. Przerażające.

-To wszystko- powiedziałem

Otarł łzy z mojego policzka.
Jego dotyk zawsze poprawiał mi nastrój.

-Nie martw się, wymyślimy coś.

Nie jestem pewien...
Chyba nic nie da się zrobić.
Chciałbym zniknąć.
Tak zwyczajnie się poddać.

----------

Tak jak obiecałam, teraz nadrabiam.
Proszę o komentarze.
Dla was to tylko chwila, a dla mnie dużo znaczący gest.
Kolejny powinien pojawić się jutro.
Właściwie to dzisiaj, bo już po północy.
Myślę, że będzie około 15.

Rozdział 17

           *Louis*

Jeszcze raz przeszukałem wszystkie kabiny.
Nigdzie nie znalazłem żadnych śladów.
Łzy same ciekły mi po twarzy.
Chciałem już się poddać, usiąść na podłodze i tylko płakać, ale wtedy zauważyłem coś przy koszu na śmieci.
Podszedłem bliżej i przekonałem się, że to telefon.
Telefon należący do Harry'ego.
Wziąłem go i ocierając twarz pobiegłem do domu.
Miałem nadzieję, że jakimś cudem chłopak tam czeka, a to tylko jeden z tych jego głupich żartów.
Nie miałem pojęcia, jak inaczej to wytłumaczyć.
Miałem jednak złe przeczucie.
Wbiegłem do środka z hukiem otwierając drzwi.
Kopałem wszystko, co się dało.
Nie wiedziałem, co robić.
Położyłem się na dywanie i drapiąc panele płakałem.
Miałem ochotę tak zwyczajnie się poddać.
I wtedy moja choroba dała o sobie znać.
Wycieńczony tym dniem, zasnęłem.

***

Obudził mnie dźwięk dzwonka.
Był zdecydowanie za krótki.
Chwilę zajęło mi przypomnienie sobie wczorajszych wydarzeń.
Może to Harry?!
Prędko wstałem, narzuciłem na siebie koszulkę i podbiegłem.
Nagle zatrzymałem się, gdy coś sobie uświadomiłem.
Harry nigdy nie używał dzwonka...
Ostrożnie uchyliłem drzwi, rozglądając się wkoło.
Nie było nikogo.
Przekonany, że to jakiś niezbyt zabawny kawał wróciłem do pomieszczenia.
Przygotowałem sobie jedzenie.
Chodziłem jak robot.
Czułem pustkę.
Byłem pozbawiony wszelkich uczuć.
Nie było mnie na nie stać.
Nie w takim momencie.
Siadłem na krześle i próbowałem wmusić w siebie posiłek.
Bez skutecznie.
Nie miałem na nic ochoty.
Wrzuciłem talerz razem z posiłkiem do zlewu.
Znów chciałem tylko siąść i płakać.
Dryń..dryń..znowu ktoś zadzwonił.
Jeśli to znowu jakieś dziecięce żarty, to nie wytrzymam.
Wkurzony podszedłem do drzwi.
W pośpiechu je otworzyłem.
I znów nikogo nie zastałem.
Za drzewami zobaczyłem uciekającego człowieka.
Pobiegłem za nim, ale niestety był szybszy.
Zdyszany powróciłem do domu.
Tym razem zauważyłem coś, czego wcześniej nie widziałem.
Na wycieraczce leżała koperta.
Obejrzałem ją z każdej strony.
Nie było na niej adresu.
Pewnie to ten żartowniś ją tu przyniósł.
Przerwałem kopertę i wyciągnąłem list.
Przeczytałem wiadomość napisaną czerwonymi, drukowanymi literami.

„PORWALIŚMY TWOJEGO CHŁOPAKA.
NIE SZUKAJ GO.
NIE ZAWIADAMIAJ NIKOGO.
NIE ZDĄŻĄ MU POMÓC”

Musiałem przeczytać te słowa pięć razy.
Nie docierało to do mnie.
Zrozumiałem dopiero po kilku minutach.
Harry może nie wrócić.
Postanowiłem zrobić jedyne, co przyszło mi do głowy.
Chwyciłem telefon ukochanego i wyszukałem potrzebny numer.

-Halo?- zapytałem
-Ehmm.. Słucham?
-Victoria?
-Tak, a ty.. Louis?
-Tak, musisz mi pomóc, to pilne.
-Coś się stało?
-Chodzi o Harry'ego. Proszę, przyjedź.
-Czy to konieczne?
-Tak!
-Okay, będę za 20 minut.

Rozłączyłem się i czekałem.
Nie wiem, czemu po nią zadzwoniłem.
Nie miałem innego pomysłu.
Nie miałem też siły myśleć nad innym rozwiązaniem.
Po 18 minutach usłyszałem walenie w drzwi.
Jak widać Tori przejęła się moim telefonem.
Otworzyłem je i powitałem dziewczynę.
Rozejrzałem się po ogrodzie.
Wygląda na to, że nikogo nie ma.

-Dobrze, jestem. Wytłjmacz mi o co chodzi.

Wyjaśniłem jej całą sytuację, powiedziałem, że sam nie daję rady.

-Idziemy na policję!- rozkazała lekko zapłakana.
-Ale przecież napisali...
-Louis! Inaczej napewno go nie uratujemy.
-Masz rację- westchnęłem.

To było teraz nasze jedyne wyjście.
Dobrze, że dziewczyna zachowała jasność umysłu.
Całą drogę na komisariat przebiegliśmy.
Byliśmy tak zdyszeni, że komendant musiał uspokajać nas 10 minut, zanim byliśmy zdolni wydusić z siebie cokolwiek.

-Chcielibyśmy zgłosić porwanie- powiedziała Victoria, kiedy odzyskała panowanie nad głosem.

Przekazaliśmy wszystkie informacje, zdjęcia Harry'ego i list, który dostałem dziś rano.
Zrezygnowani wróciliśmy do domu.
Byłem zmęczony.
Ostatnio ciągle tak jest i coraz więcej śpię.
Tak stało się również teraz.

---------

No to mamy 18!
Tak jak obiecałam, teraz staram się nadrabiać.
W nocy powinien pojawić się jeszcze jeden rozdział, jeśli nie zasnę, bo tak jak Lou coraz więcej śpię haha zgrałam się z opowiadaniem.

Rozdział 16

Rozdział 16

*Louis*

Harry zaprosił mnie po południu do kina.
Włączyłem laptopa, żeby sprawdzić repertuar.
W końcu dokonałem wyboru.
Padło na jakiś film science- fiction.
Na śniadanie zjedliśmy płatki kukurydziane.
Jedliśmy w milczeniu.
Była to jednak komfortowa cisza.
Ja zastanawiałem się, jak to by było, gdybym był zdrowy.
Myślałem o tym już od dłuższego czasu.
I wiecie, co?
Nie żałuję.
Wiem, że będzie bolało, będę cierpiał, załamię się, a na końcu umrę.
Ale jak już mówiłem...
Nie ma dobra bez zła.
Gdybym nie był chory, moje życie byłoby inne.
Wyobraziłem sobie siebie z Anną szydzących z biednych i starych ludzi.
Dreszcz przebiegł mi po plecach.
Każdy uznałby mnie za idiotę, ale cieszę się.
Dzięki chorobie mam przy sobie Harrego.
Dzięki niej dostrzegam piekno w zwykłych rzeczach.

***
Po wejściu do kina zauważyliśmy tłum ludzi.
Ustawiliśmy się w najkrótszej kolejce.
Czas oczkiwania nie okazał się zbyt długi.
Poprosiliśmy o dwa bilety, a kasjerka pokierowała nas do sali 
numer cztery.
Trzymaliśmy się za ręce, aby nie potykać się o stopnie.
Było bardzo ciemno.
Wkońcu znaleźliśmy nasze miejsca.
Zdjęliśmy bluzy i przewiesiliśmy je przez oparcie fotela przed nami.
Na szczęście był wolny.
Obejrzeliśmy jeszcze z pięć reklam, po czym pojawiły się napisy początkowe.
Film opowiadał o dwóch naukowcach.
Na ogół podobnych, wręcz identycznych.
Po 20 minutach filmu okazało się jednak, że byli zupełnymi przeciwieństwami.
Jeden całe swoje życie poświęcił badaniom na temat obcych istot.
Drugi jest zagorzałym przeciwnikiem teorii istnienia stworzeń z kosmosu.
Pewnego dnia nadchodzi inwazja kosmitów.
Ten drugi przekonuje ludzi, że to tylko ich umysł.
Tłumaczył to jako zbiorową halucynację.
Wszyscy go posłuchali i ignorowali dziwne zdarzenia.
Wielu z nich zginęło.
W tym również naukowiec.
Ten pierwszy postanawia ratować tych, którzy jeszcze żyją.
Każdy go wyśmiewa.
On zwołuje zebranie, przedstawia dowody i plan ataku.
Do działania przekonuje jedynie kilka osób.
Oni jedyni przeżywają zagładę.
Krótko mówiąc- kolejny film o kosmitach.
W pewnym momencie Harry zaczął delikatnie głaskać mój policzek.
Za każdym razem, kiedy mnie dotykał czułem jak po całym moim ciele przechodzi przyjemny dreszcz.

*Harry*

Film okazał się dość przeciętny.
Gdy zobaczyliśmy napisy końcowe natychmiast ruszyliśmy do wyjścia.
Mieliśmy iść prosto do domu, ale Louis'owi zaburczało w brzuchu, więc cofnęliśmy się do kinowej kawiarnii.
Zamówił sernik z gałką lodów i gorącą czekoladę.
Nie miałem ochoty przeglądać menu, więc poprostu wziąłem to, co on.
Karmiliśmy się nawzajem, co spotykało się z dezaprobatą ludzi.
Patrzeli na nas tak, jakbyśmy zabili setki dzieci.
Oni nigdy nie będą w stanie tego zrozumieć, ale my się kochamy.
Nic tego nie zmieni.
Poczułem, że muszę wyjść do łazienki.
Powiedziałem ukochanemu, że zaraz wracam i poszedłem.

*Louis*

Czekałem, aż Harry wróci.
Przez ten czas poszedłem kupić dwie puszki coli.
Z braku jakichkolwiek innych zajęć zacząłem liczyć kwadraty na ceracie.
Naliczyłem 57 i przerwałem "zabawę".
Sprawdziłem godzinę.
Była 13:52.
Harry'ego nie ma już 10 minut.
Zacząłem kontynuować liczenie.
Gdy byłem przy 99 zrozumiałem, że coś musiało się stać.
Mój żołądek ścisnął się a oddech przyśpieszył.
Zabrałem nasze rzeczy i poszedłem do ubikacji.
Wszystkie kabiny były wolne.
Na końcu korytarza skrzypiały drzwi awaryjne.
Były otwarte.
Wyszedłem na zewnątrz i spojrzałem na podłogę.
Z początku nie wiedziałem, czy to co widzę to tylko przywidzenie, czy może rzeczywistość.
Zamrugałem i przetarłem oczy.
Teraz już wiem, że to prawda.
Na chodniku widać świeże krople krwi.

--------------

Teraz pora na moje wytłumaczenia.
Wiem, że strasznie długo nic nie dodawałam i was zawiodłam, ale to nie do końca moja wina.
Miałam trudny okres pod względem zdrowia.
Większość czasu spędziłam w łóżku, u lekarza, na pogotowiu i na pobraniach krwi.
Teraz jest już lepiej, więc powracam do dodawania rozdziałów.
Możliwe, że w ramach przeprosin dodam dziś jesze dwa.
Opowiadanie jest już skończone i będzie miało 30 rozdziałów+ epilog.
W razie jakichkolwiek pytań zapraszam na mojego tt @charmingloueeh a także na wattpada, na którym znajdziecie moje one shoty @larryisbiglove .
POZDRAWIAM!