*Louis*
Jeszcze raz przeszukałem wszystkie kabiny.
Nigdzie nie znalazłem żadnych śladów.
Łzy same ciekły mi po twarzy.
Chciałem już się poddać, usiąść na podłodze i tylko płakać, ale wtedy zauważyłem coś przy koszu na śmieci.
Podszedłem bliżej i przekonałem się, że to telefon.
Telefon należący do Harry'ego.
Wziąłem go i ocierając twarz pobiegłem do domu.
Miałem nadzieję, że jakimś cudem chłopak tam czeka, a to tylko jeden z tych jego głupich żartów.
Nie miałem pojęcia, jak inaczej to wytłumaczyć.
Miałem jednak złe przeczucie.
Wbiegłem do środka z hukiem otwierając drzwi.
Kopałem wszystko, co się dało.
Nie wiedziałem, co robić.
Położyłem się na dywanie i drapiąc panele płakałem.
Miałem ochotę tak zwyczajnie się poddać.
I wtedy moja choroba dała o sobie znać.
Wycieńczony tym dniem, zasnęłem.
***
Obudził mnie dźwięk dzwonka.
Był zdecydowanie za krótki.
Chwilę zajęło mi przypomnienie sobie wczorajszych wydarzeń.
Może to Harry?!
Prędko wstałem, narzuciłem na siebie koszulkę i podbiegłem.
Nagle zatrzymałem się, gdy coś sobie uświadomiłem.
Harry nigdy nie używał dzwonka...
Ostrożnie uchyliłem drzwi, rozglądając się wkoło.
Nie było nikogo.
Przekonany, że to jakiś niezbyt zabawny kawał wróciłem do pomieszczenia.
Przygotowałem sobie jedzenie.
Chodziłem jak robot.
Czułem pustkę.
Byłem pozbawiony wszelkich uczuć.
Nie było mnie na nie stać.
Nie w takim momencie.
Siadłem na krześle i próbowałem wmusić w siebie posiłek.
Bez skutecznie.
Nie miałem na nic ochoty.
Wrzuciłem talerz razem z posiłkiem do zlewu.
Znów chciałem tylko siąść i płakać.
Dryń..dryń..znowu ktoś zadzwonił.
Jeśli to znowu jakieś dziecięce żarty, to nie wytrzymam.
Wkurzony podszedłem do drzwi.
W pośpiechu je otworzyłem.
I znów nikogo nie zastałem.
Za drzewami zobaczyłem uciekającego człowieka.
Pobiegłem za nim, ale niestety był szybszy.
Zdyszany powróciłem do domu.
Tym razem zauważyłem coś, czego wcześniej nie widziałem.
Na wycieraczce leżała koperta.
Obejrzałem ją z każdej strony.
Nie było na niej adresu.
Pewnie to ten żartowniś ją tu przyniósł.
Przerwałem kopertę i wyciągnąłem list.
Przeczytałem wiadomość napisaną czerwonymi, drukowanymi literami.
„PORWALIŚMY TWOJEGO CHŁOPAKA.
NIE SZUKAJ GO.
NIE ZAWIADAMIAJ NIKOGO.
NIE ZDĄŻĄ MU POMÓC”
Musiałem przeczytać te słowa pięć razy.
Nie docierało to do mnie.
Zrozumiałem dopiero po kilku minutach.
Harry może nie wrócić.
Postanowiłem zrobić jedyne, co przyszło mi do głowy.
Chwyciłem telefon ukochanego i wyszukałem potrzebny numer.
-Halo?- zapytałem
-Ehmm.. Słucham?
-Victoria?
-Tak, a ty.. Louis?
-Tak, musisz mi pomóc, to pilne.
-Coś się stało?
-Chodzi o Harry'ego. Proszę, przyjedź.
-Czy to konieczne?
-Tak!
-Okay, będę za 20 minut.
Rozłączyłem się i czekałem.
Nie wiem, czemu po nią zadzwoniłem.
Nie miałem innego pomysłu.
Nie miałem też siły myśleć nad innym rozwiązaniem.
Po 18 minutach usłyszałem walenie w drzwi.
Jak widać Tori przejęła się moim telefonem.
Otworzyłem je i powitałem dziewczynę.
Rozejrzałem się po ogrodzie.
Wygląda na to, że nikogo nie ma.
-Dobrze, jestem. Wytłjmacz mi o co chodzi.
Wyjaśniłem jej całą sytuację, powiedziałem, że sam nie daję rady.
-Idziemy na policję!- rozkazała lekko zapłakana.
-Ale przecież napisali...
-Louis! Inaczej napewno go nie uratujemy.
-Masz rację- westchnęłem.
To było teraz nasze jedyne wyjście.
Dobrze, że dziewczyna zachowała jasność umysłu.
Całą drogę na komisariat przebiegliśmy.
Byliśmy tak zdyszeni, że komendant musiał uspokajać nas 10 minut, zanim byliśmy zdolni wydusić z siebie cokolwiek.
-Chcielibyśmy zgłosić porwanie- powiedziała Victoria, kiedy odzyskała panowanie nad głosem.
Przekazaliśmy wszystkie informacje, zdjęcia Harry'ego i list, który dostałem dziś rano.
Zrezygnowani wróciliśmy do domu.
Byłem zmęczony.
Ostatnio ciągle tak jest i coraz więcej śpię.
Tak stało się również teraz.
---------
No to mamy 18!
Tak jak obiecałam, teraz staram się nadrabiać.
W nocy powinien pojawić się jeszcze jeden rozdział, jeśli nie zasnę, bo tak jak Lou coraz więcej śpię haha zgrałam się z opowiadaniem.