czwartek, 18 czerwca 2015

Rozdział 29

Rozdział 29

*Harry*

Zostały niecałe dwa dni...
Nie wiem, czy mogę mu wybaczyć.
Wiem, że jego choroba jest prawdziwa, że zostało mu mało czasu.
Może nawet chwilami myślę, że naprawdę mnie kochał.
Czy gdyby tak nie było to powiedziałby mi o swoich problemach?
Czy płakałby w moich ramionach?
Czy brałby ze mną ślub?
To jasne, że nie.
Ale to nie zmienia faktu jak bardzo mnie odzukał.
Poczułem się jak zabawka.
Rozkochaj i porzuć.
Bo gdyby się nie zakochał...
Zostawiłby mnie.
A tak naprawdę nie wiem, co myśleć.
Czy go kocham?
Oczywiście.
Czy potrafię wybaczyć?
Nie wiem.
Wiem, że tracę czas.
On umiera, a ja jestem tutaj.
Przecież śmierć Jessie nie była moją winą.
Ja ją kochałem.
Kochałem jak siostrę.
Jestem ciekawy, kiedy Louis zaplanował zemstę.
Czy Anna wiedziała?
Jaki on jest naprawdę?
Wstałem z łóżka, w którym spędziłem pierwszą samotną noc.
Kierowałem się w stronę lodówki.
Chwyciłem schłodzoną butelkę lemoniady, która leżała na jej dnie i wlałem w siebie jej zawartość.
Pod wpływem chwili zadzwoniłem do Victorii i spytałem o adres cmentarza, na którym pochowano moją przyjaciółkę.
Była zaskoczona, ale bez żadnego sprzeciwu podała mi informacje.
Godzinę później siedziałem w autobusie, wpatrując się  w nagrobki, do których pojazd się zbliżał.
Z ciężkim oddechem nacisnęłem przycisk przystanku na żądanie i wysiadłem.
Zaciągnęł się świeżym powietrzem i zacząłem stawiać pierwsze kroki.
Błądziłem wąskimi alejkami, aż w końcu trafiłem na poszukiwane miejsce.
Na kamiennej płycie widniał napis:

Ś. P. JESSICA HOLES TOMLINSON

Nigdy nie wspominała mi o drugim nazwisku, dlatego nie skojarzyłem z nim Lou.
Poniżej znajdywała się jej data urodzenia i śmierci.
Widząc zdjęcie, na którym uśmiechała się szeroko, moje oczy zaszły łzami.
Była taka młoda.
Mogła ułożyć sobie życie.
Mogła założyć rodzinę.
Niestety trafiła na mnie.
Siedziałem tam trzy godziny i rozmawiałem z nią.
Tak, rozmawiałem z grobem.
A raczej prowadziłem monolog.
Przeprosiłem ją za wszystko.
Spytałem o brata.
Opowiedziałem co u mnie.
Tak, jakby ona nadal tu była.
W pewnej chwili zerwał się wiatr, a ja czułem się zupełnie, jakby to ona dała mi jakiś znak.
Nie wiem, czy tak było, ale zrozumiałem jedno.
Gdyby tu była, wybaczyłaby mi.
Kazałaby też iść do jej brata i powiedzieć jak bardzo go kocham.
Znałem ją na tyle dobrze, że wiem, iż tak właśnie by było.
I jeśli teraz patrzy na mnie z góry, to chcę by była dumna.
Nie chcę zranić kolejnej osoby.

***

-Kocham cię, Lou- powiedziałem, gdy znalazłem się już w szpitalu.

On tylko spojrzał na mnie i wytrzeszczył oczy, zaskoczony.

-Wy..Wybaczasz mi?- zapytał
-Tak, twoja siostra by tego chciała. Była wspaniałą osobą.

Z jego oczu popłynęło kilka drobnych łez.

-Dziękuję- wyszeptał.
-Za co?
-Za wszystko. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.

Złapałem go za ręce i trzymałem, aż do chwili, w której zasnął.
Znów mam mój skarb przy sobie.
I będę miał.
Będę miał, aż do końca.
Końca, do którego zostało kilka, może kilkanascie godzin.
Wskazówki zegara jak na potwierdzenie moich myśli zdawały się nagle przyśpieszyć.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz