sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział 30

Rozdział 30

To już ten dzień...
Obudziłem się dość późno.
Głowę opartą miałem o łóżko ukochanego.
On również nie spał.
Uśmiechnął się ledwie zauważalnie i wtedy zrozumiałem, że brak mu sił.
Nagle zmienił wyraz twarzy.
Syknął z bólu i zacisnął zęby.
Nie zdążyłem się odezwać, bo poczułem jak próbuje ścisnąć moją rękę.
Przeniósł swój wzrok na guzik.
Nacisnęłem go, aby zawołać lekarzy.
Zbiegło się dwóch doktorów i trzy pielęgniarki.
Zeskanowali wzrokiem mojego męża, a potem sprawdzili coś w jakiejś maszynie.
Po kilku cichych minutach byli gotowi, by ogłosić co się dzieje.

-Nic nie możemy już zrobić- powiedzieli ze smutkiem.
-Nie! To nie prawda! Nie!- krzyczałem przez dobre pięć minut, zaprzeczając.

Przerwałem krzyki po zauważeniu zmiany na twarzach zebranych.
Spowodowane były chyba jakimś dźwiękiem.
Po chwili również to usłyszałem.
Jakieś urządzenie podłączone do Louisa zaczęło głośno pikać.
Zastanawiałem się co to znaczy, aż w końcu dźwięk niespodziewanie ucichł.
Na sali zapanowała, o ile to możliwe, jeszcze większa cisza.
Napotkałem kilka współczujących spojrzeń.
Zerknęłem na chłopaka i wtedy do mnie dotarło.
On odszedł.
Już nigdy nie wróci.
Jego serce na zawsze przestało bić.
Choćbym nie wiem jak bardzo chciał i jak długo płakał, krzyczał i protestował.
On nigdy nie pojawi się obok mnie.
Otarłem ostatnie łzy i być może to dziwne, ale już nie chciało mi się płakać.
Ja poprostu wiedziałem, że to nic nie da, a płacz pogorszy sytuację.
Czułem tylko pustkę,
Jakby ktoś wyrwał mi serce i pozostawił bez niego.
Tutaj wśród tych białych korytarzy i szpitalnego smrodu.
Stałem i nie czułem nic.
Biegiem ruszyłem do domu.
Przemierzałem ulice i nie zwracałem na nic uwagi.
Miałem tylko jeden cel.
Trzęsącymi się dłońmi przekluczyłem zamek w drzwiach i kopnęłem je, by się otworzyły.
Siadłem w salonie na podłodze i dopiero teraz zrozumiałem, że nie dam rady.
Nic już teraz nie ma sensu.
I tym razem z uśmiechem na twarzy pobiegłem po żyletkę schowaną ma wszelki wypadek w kuchennej szafce.
Cieszyłem się, bo wiedziałem, że to koniec cierpienia.
Chwilę później przeciągnęłem ostrze lekko po nadgarstku, zastanawiając się czy postępuję słusznie.
Przez moje myśli przewinął się obraz szatyna, kiedy wyznałem mu miłość.
Ten niepowtarzalny błysk..
Błysk, którego już nie zobaczę.
Sam nie wiem jak jest po drugiej stronie.
Może nie ma czegoś takiego jak życie po śmierci?
Ale nawet brak życia jest lepszym rozwiązaniem niż życie bez niego.
Przycisnęłem żyletkę do miejsca, w którym było widać żyły i rozcięłem je głęboko.

-Jeszcze chwila, Louis.
Zaraz się spotkamy.
Tam nikt nam nie przyszkodzi.





_______________

Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Za chwilkę wstawię epilog.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz