sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 26

Rozdział 26

*Harry*

Zostało 5 dni...
Obudziło mnie ciepło bijące od ciała mojego męża.
Spaliśmy w objęciach, a nasze nogi splatały się ze sobą.
Chętnie zostałbym z nim tu cały dzień, ale muszę zobaczyć co u naszych gości.
Zszedłem w szlafroku owinięty nim po szyję na parter.

-Hej Harreh!- przywitała mnie Tori
-Hej! Wiesz gdzie jest mój ojciec?- chciałem porozmawiać z nim poważnie o przeszłości.

Dziewczyna wzruszyła ramionami i podała pytanie dalej, do Lizzy.

-Uhmm... Tak, kazał, umm- zacięła się
-Na miłość boską Li!

Westchnęła głęboko i spojrzała na mnie, obawiając się mojej reakcji.

-Powiedział, że nie chce cię znać i nie takiego syna wychował.

Do oczu napłynęły mi łzy.
Jak mogłem myśleć, że się zmienił?
Wciąż jest taki sam.
Jednak po coś przyjeżdżał.
Ale po co?
Nagle zrozummiałem.
Pieniądze.
Pamiętam, po usłyszeniu jakich słów stał się miły.

"-Zapraszam cię na ślub.
-Ślub?!
-Tak, będę miał męża.
-Ty pedale zasrany!
-Proszę cię! Nie trzeba nic dokładać, o prezentach też nie myśl.
Mamy sporo pieniędzy i sami kupujemy potrzebne rzeczy.
-Masz rację, powinienem przyjechać."

To wtedy dowiedział się o naszych oszczędnościach, ale czy wiedział gdzie je chowaliśmy?
Przypomniała mi się druga rozmowa.
Podpuścił mnie, a ja nie zdając sobie sprawy z tego, do czego dojdzie wyjawiłem mu miejsce naszego schowka.
Podszedłem do wysokiej szafy z jakiegoś jasnego drewna
Uchyliłem lekko skrzypiące drzwi i wyciągnęłem obklejony naszymi zdjęciami słoik.
Odkręciłem wieczko i było tak, jak się spodziewałem.
Całkiem pusto.
Siadłem na brzegu łóżka.
Co dziwne, już nie płakałem.
Nie miałem na to sił.
Zbyt wiele się zdarzyło.
W tak krótkim czasie, aż tyle łez.
Schowałem twarz w dłoniach i po chwili zrozumiałem...
Nie to jest najważniejsze.
Zdradził mnie, oszukał i opuścił, ale tak naprawdę nie potrzebuję go.
To nie on ostatnio leczy moje rany po śmierci mamy i wspomnieniach z dzieciństwa.
To był Louis.
I to on mnie teraz potrzebuje.
Muszę go wspierać.
Uśmiechnęłem się szeroko na myśl o tym pięknym chłopaku, śpiącym w naszym łóżku w potarganych włosach i pochrapującego cichutko.
Wczołgałem się pod kołdrę.
Otuliłem ramieniem rozpalone ciało mojego partnera.
Cały czas staram się nie myśleć o tym, że to koniec.
Widocznie poczuł mój dotyk, bo po chwili otworzył zaspane powieki i na wpół śpiąc musnął ustami mój policzek.

-Lou... Masz gorączkę- zmartwiłem się.
-Wiem, kochanie...- przerwał, bo zabrakło mu sił.

Spojrzał na mnie, próbując ukryć smutek.

-Przecież tak miało być.- dokończył ledwie słyszalnie.

Tego dnia również zrezygnowaliśmy z zajęć.
Lou nie miał już siły.
Prawdopodobnie będzie musiał już niedługo przenieść się do szpitala.
Zosaliśmy w łóżku przytuleni do siebie.
Po południu siedliśmy do stołu z naszymi bliskimi.
Miło było patrzeć na radosnego ukochanego.
Jego rodzice... Cóż...
Kiedyś skrzywdzili go niewyobrażalnoe mocno, ale teraz zachowują się wprost wzorowo.
Myślę, że zrozumieli swój błąd i teraz chcą to naprawić.
Nie tak jak mój ojciec.
Położyliśmy się spać bardzo wcześnie, bo Louis znów źle się poczuł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz