Rozdział 20
*Harry*
Nagle do mnie dotarło...
Wszystko...
Zniknięcie jego matki...
To wahanie...
Smutek..
Już wszystko jasne.
-Ile ci zostało?- wyszeptałem, ocierając łzy.
-Nie wiem, jeszcze nie wiem.
Wiedziałem, że to kiedyś nastąpi, ale nigdy nie myślałem, że tak szybko.
Mój mały Lou...
On był częścią mnie.
Dzięki niemu się śmiałem.
Dzięki niemu żyłem, a nie tylko istniałem.
Co będzie potem?
Jak będę funkcjonował?
-Lou..Dlaczego?!- krzyczałem i płakałem jednocześnie- Dlaczego mi nie powiedziałeś?
-A co by to dało?
-Masz rację, nic...
-Bałem się, że mnie zosawisz.
Nie wpadłem na to.
On najzwyczajniej w świecie nie chciał mnie stracić.
Rozumiem to.
-Nigdy bym cię nie zostawił i tego nie zrobię.
-Ale Hazz..-przerwał, bo łza spłynęła na jego drżące usta- Ja umieram.
Nie tak to miało wyglądać.
Do ostatniej chwili chciałem liczyć na to, że wszystko się ułoży, on wyzdrowieje, weźmiemy ślub..
Będziemy żyć jak w bajce.
Nigdy wyobrażając sobie naszą wspólną przyszłość nie myślałem o sobie stojącym nad grobem ukochanego.
Wróciłem do rzeczywistości, ale zauważyłem, że Louis zasnął.
Postanowiłem pojechać do domu po nasze ubrania.
Nie zamierzałem go zostawiać, a nie wiadomo kiedy i czy wypiszą go do domu.
Szedłem ulicą, a ludzie mijali mnie widząc w jakim nastroju jestem.
Zobaczyłem w oddali jakąś parę, prowadzącą wózek.
To było zbyt wiele.
Upadłem na chodnik.
Krzyczałem i płakałem.
Nic się nie liczyło.
Przegrałem.
Od początku tak miało być.
Nie miałem być szczęśliwy.
Leżałem na zimnych, betonowych płytqch, dławiąc się łzami.
-To powinienem być ja!- krzyczałem
Nie zwracałem uwagi na to, jak żałośnie musiałem wyglądać.
Po długim czasie uspokoiłem się, uświadamiając sobie to, że po przebudzeniu ukochany może zmartwić się moją nieobecnością.
Wstałem chwiejąc się lekko.
Przyśpieszyłem kroku i szedłem przed siebie, mimo że chciałem rzucić się pod któreś z tych pędzących aut, które nawet nie zdążyłyby zareagować.
Ale muszę być dzielny.
Muszę się trzymać.
Nie dla siebie.
Dla niego.
Uchyliłem drzwi od domu i rozejrzałems się po nim.
W końcu nawet nie zdążyliśmy go zwiedzić.
Wiedząc, że mam mało czasu spakowałem do torby pierwsze, lepsze ubrania i wybiegłem w kierunku szpitala.
***
Już od pierwszego kroku uderzył mnie ten charakterystyczny zapach.
Odnalazłem sale mojego chłopaka i cicho wszedłem do środka.
Niestety Louis już nie spał.
Siedział, podkurczając kolana do siebie i chowając w nich głowę.
Usłyszałem szlochanie.
-Lou? Lou, kochany.. Co się stało?
-Harry?- spojrzał na mnie zdziwiony
Jego powieki były czerwone i podpuchnięte od łez.
-Co się stało? Powiedz mi słonko.
-Ja..Ja myślałem, że mnie zostawiłeś.
***
Wyjaśniłem Louis'owi moją nieobecność.
On przeprosił za to, że we mnie zwątpił.
Rozmawialiśmy jeszcze chwikę, dopóki nie przysnął.
Postanowiłem pójść w tym czasie do lekarza i zapytać...
Zapytać, kiedy odejdzie część mnie.
Zadałem wspomniane pytanie i wpatrywałem się w twarz starca.
Nie zdradzała jakichkolwiek emocji.
Nabrał powietrza, a po dłuższej chwili je wypuścił.
Wypowiedział dwa słowa.
Dwa słowa, które mnie zabiły.
-Dziesięć dni.
____________________
Postanowiłam skończyć to opowiadanie zanim pojadę do szpitala, więc będę wstawiała często, jeśli tylko zdrowie mi na to pozwoli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz