Rozdział 22
*Harry*
Zostało 9 dni...
Wczorajszy był zdecydowanie udany.
Dzisiaj chcemy załatwić formalności związane ze ślubem.
Na szczęście, w naszym kraju toleruje się związki homoseksualne i zezwala im na małżeństwo.
Po rozmowie z urzędnikiem i przedstawieniu mu naszej sytuacji, zgodzili się udzielić nam ślubu w najbliższym terminie.
6 dni przed śmiercią Louis'a.
Będziemy małżeństwem 6 niecałych dni...
Zmęczeni wróciliśmy do domu.
Mój chłopak poczuł się słabo, więc musiałem sam iść do sklepu.
Chciałem zrobić zakupy, bo ukochany miał ugotować nam obiad.
Zdecydował, że będzie to makaron z łososiem.
Na dworze było dość zimno.
Szedłem owinięty w swój czarny płaszcz.
Stanęłem przed sklepem i poczułem ciepłe powietrze owiewające mnie od dołu do góry.
Wszedłem i powiedziałem krótkie 'dzień dobry' uśmiechniętej kasjerce.
Wzięłem koszyk i ruszyłem do alejki z pieczywem.
Pod koniec miałem chleb, makaron, śmietanę, łososia i wielkiego lizaka z napisem 'I love u'
dla Louis'a.
Podeszłem do kasy i rozłożyłem produkty na ladę.
Sprzedawczyni próbowała ze mną flirtować, więc dyskretnie wyciągnęłem rękę z pierścionkiem w jej stronę.
Nie zauważyła tego i dalej prawiła mi idiotyczne komplementy.
-Jest pani bardzo podobna do mojego chłopaka- miałem nadzieję, że to ją uciszy.
Spojrzała na mnie zdziwiona, a po chwili roześmiała się.
-No tak, taki fajny chłopak nie mógłby być wolny i hetero.
Twój chłopak to szczęściarz...- przerwała, czekając, aż podam swoje imie.
Tymi słowami wzbudziła we mnie sympatię.
Była miłą i tolerancyjną osobą.
-Harry, a ty?
-Lizzy
Zobaczyłem cenę wyświetloną na ekranie.
Odliczyłem odpowiednią kwotę i wręczyłem ją dziewczynie.
Wydała mi paragon i życzyła miłego dnia.
Już miałem wracać, kiedy wpadł mi do głowy szalony pomysł.
-Hej, uhm..Lizz?
-Tak?- zapytała
-Tak sobie pomyślałem..
Louis chciałby mieć dużo gości na ślubie i wiem, że dopiero cię poznałem, ale jesteś strasznie miłą osobą i chciałbym, żebyś przyszła.
-Ślub?!- była w szoku.
-No tak, za trzy dni się pobieramy.
-Wybacz, ale czy nie jesteś zbyt młody?
Zastanawiałem się czy powiedzieć jej prawdę, ale niby czemu nie?
-Louis umiera...- z oczu znów popłynęły mi łzy
-O mój boże, Harry! Tak mi przykro!- załkała
Brunetka pocieszała mnie jeszcze chwilę, a na końcu oznajmiła, że chętnie przyjdzie i podała mi swój numer telefonu.
Wróciłem do domu szczęśliwy.
Opowiedziałem narzeczonemu o spotkaniu.
Tak jak przypuszczałem, był szczęśliwy, że ją zaprosiłem.
Tego właśnie chciał.
Wesela w miłym i tolerancyjnym gronie.
Zrobiłem mu kakao, a on gdy tylko poczuł się lepiej, odwdzięczył się obiadem.
Według mnie był najlepszym kucharzem.
Po posiłku zasiedliśmy na kanapie, kłócąc się o wybór filmu.
Odpuściłem zgadzając się na komedię, którą chciał obejrzeć mój ukochany.
W końcu zosało mu tak mało czasu.
Następny film wybrałem ja.
Również zdecydowałem się na komedię.
Nie lubiłem takiej katygorii filmów, ale wprost uwielbiałem widok chichotającego Lou.
Nadal w to nie wierzę,
Nie wierzę, że mam chłopaka.
Do mojej głowy powróciło pewne bolesne wspomnienie.
Nie wierzę, że żyję...
*kilka lat wcześniej*
-Harry, Harry, Harold!- jak przez szumy usłyszałem wołanie matki.
Chwilę zajęło mi przypomnienie sobie, co się stało.
Żyletka.
Krew.
Płacz.
Karetka.
Rozejrzałem się.
Byłem w szpitalu.
Niestety mnie uratowali.
***
Tak mało brakowało, a nie byłoby mnie tutaj.
Nie poznałbym Louis'a.
Chociaż i tak wkrótce go stracę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz